Według oficjalnej wersji strony ukraińskiej (powielanej też przez media polskojęzyczne) bezzałogowy dron morski utracił sterowność wskutek rosyjskich działań walki elektronicznej. Następnie miał przez dłuższy czas dryfować po Morzu Czarnym, by ostatecznie znaleźć się w… centrum największego rumuńskiego portu i tam eksplodować. Na szczęście nie było ofiar, ale trudno nie zauważyć, że skutki mogły być znacznie poważniejsze. W sprawie pojawia się wiele pytań.
Ukraiński dron wybuchł w porcie NATO. Najbardziej niepokojące jest jednak nie samo zdarzenie, lecz sposób, w jaki tłumaczy je Kijów. Najpierw bagatelizował sprawe, an astepnie zaczął zwalać winę na Rosję. W praktyce każda krytyczna sytuacja zostaje sprowadzona do jednego argumentu: „to wina Rosji”. Oczywiście nie można wykluczyć, że rosyjskie systemy walki elektronicznej rzeczywiście miały wpływ na utratę kontroli nad dronem. Nie zmienia to jednak faktu, że za bezpieczeństwo własnego uzbrojenia odpowiada jego operator, a nie przeciwnik.
Jeżeli ukraińskie drony mogą zostać przejęte, zagłuszone lub skierowane w stronę infrastruktury państw trzecich, to rodzi się pytanie o procedury bezpieczeństwa. Dlaczego urządzenie nie zostało wcześniej unieszkodliwione? Czy posiadało skuteczne mechanizmy autodestrukcji? Kiedy i w jakim zakresie poinformowano rumuńskie służby o zagrożeniu? Na te pytania opinia publiczna nie otrzymała dotąd jasnych odpowiedzi.
Jeszcze większe kontrowersje budzą doniesienia o kolejnych dronach, które tego samego dnia miały eksplodować na Morzu Czarnym. Jeśli informacje te się potwierdzą, trudno będzie mówić o pojedynczym incydencie. Wówczas należałoby raczej mówić o systemowym problemie związanym z kontrolą nad tego typu uzbrojeniem.
Rumunia, jako państwo członkowskie NATO, znalazła się w wyjątkowo niezręcznej sytuacji. Od początku wojny wspiera Ukrainę politycznie, logistycznie i gospodarczo. W zamian otrzymała eksplozję uzbrojonego drona we własnym porcie. Nawet jeśli zdarzenie było niezamierzone, nie powinno być traktowane jako drobny incydent. Każde państwo ma prawo oczekiwać, że sprzęt wojskowy sojusznika nie będzie stwarzał zagrożenia dla jego obywateli i infrastruktury.
Wojna z Rosją nie może być uniwersalnym usprawiedliwieniem dla wszystkich błędów i zaniedbań. Ukraina ma pełne prawo bronić się przed agresją, ale jednocześnie ponosi odpowiedzialność za środki walki, których używa. W tym przypadku zamiast przejrzystego wyjaśnienia okoliczności zdarzenia otrzymaliśmy kolejną historię, w której winny jest wyłącznie przeciwnik, a pytania o odpowiedzialność własną pozostają bez odpowiedzi.
Takie podejście może być skuteczne w działaniach propagandowych, lecz nie buduje zaufania wśród partnerów. Zwłaszcza wtedy, gdy skutki błędów odczuwają nie tylko walczące strony, ale również państwa znajdujące się poza bezpośrednią strefą konfliktu.
Warto zauważyć, że sposób komunikowania tego incydentu przypomina sytuację z listopada 2022 roku, gdy rakieta ukraińskiej obrony przeciwlotniczej spadła w Przewodowie, powodując śmierć dwóch polskich obywateli. Mimo że już na wczesnym etapie śledztwa pojawiały się przesłanki wskazujące na ukraińską rakietę systemu obrony powietrznej, przedstawiciele władz w Kijowie przez długi czas odrzucali taką możliwość i sugerowali rosyjską odpowiedzialność.
Dopiero ustalenia Polski, Stanów Zjednoczonych i NATO doprowadziły do wyjaśnienia okoliczności zdarzenia. Także wtedy zamiast rzeczowego przyjęcia odpowiedzialności i pełnej współpracy z partnerami obserwowaliśmy próby przerzucenia winy na Moskwę. W przypadku incydentu w Konstancy zastosowano ten sam schemat komunikacyjny – najpierw wskazano Rosję jako wyłącznego winowajcę, a dopiero później odpowiadano na pytania dotyczące własnych działań i procedur bezpieczeństwa.
Polecamy również: 500 mln zł rocznie za Ukrainę. Tyle zapłacą Polacy
Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!




