Europa Wiadomości

Naukowcy biją na alarm. Wiatraki szkodzą sercu

Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!

Jeszcze niedawno przeciwników farm wiatrowych wyśmiewano jako zacofanych ludzi, którym przeszkadza „szum wiatraczków” i cień obracających się łopat. Dziś temat trafia już nie na wiejskie zebrania i fora internetowe, ale na kongresy medyczne największych niemieckich organizacji lekarskich. Nagle okazuje się, że pytania o wpływ infradźwięków na zdrowie wcale nie są takie „foliarskie”, jak próbowano to przedstawiać przez prawie dwie dekady.

Naukowcy biją na alarm. Podczas 132. Kongresu Deutsche Gesellschaft für Innere Medizin w Wiesbaden prof. Christian-Friedrich Vahl zaprezentował wyniki analizy danych z niemieckich kas chorych obejmujących lata 2015–2024. Badacze porównali cztery gminy w okręgu Paderborn. Dwie z nich – Borchen i Lichtenau – zostały dosłownie obudowane turbinami wiatrowymi. Łącznie stanęły tam 224 wiatraki. Dla porównania Delbrück i Hövelhof miały ich zaledwie osiem. Struktura mieszkańców była podobna pod względem wieku, płci i sytuacji społecznej, więc trudno wszystko zrzucić na „gorszy styl życia prowincji”.

Wyniki okazały się wyjątkowo niewygodne dla entuzjastów energetyki wiatrowej. W gminach z dużym zagęszczeniem turbin odnotowano gwałtowny wzrost nowych przypadków niewydolności serca i groźnych zaburzeń rytmu. Według prezentowanych danych liczba zachorowań rosła od 2021 roku nawet o kilkadziesiąt procent rocznie. To już nie wygląda jak statystyczny przypadek ani „subiektywne odczucia mieszkańców”.

Co istotne, nie był to pierwszy sygnał płynący z laboratorium w Moguncji. Zespół prof. Vahla wcześniej prowadził eksperymenty na izolowanym ludzkim mięśniu sercowym. Badania sugerowały, że infradźwięki mogą osłabiać siłę skurczu serca i zaburzać gospodarkę wapniową komórek. Krytycy tych eksperymentów przekonywali, że użyte poziomy ekspozycji były wyższe niż te występujące przy realnych farmach wiatrowych. Problem polega na tym, że nowa analiza epidemiologiczna zaczyna niebezpiecznie dobrze współgrać z tamtymi wynikami laboratoryjnymi.

Oczywiście nikt rozsądny nie powinien jeszcze ogłaszać, że „wiatraki zabijają”. Dane konferencyjne to nie to samo co pełna publikacja recenzowana. Ale równie nierozsądne byłoby udawanie, że temat nie istnieje, bo przecież transformacja energetyczna musi mieć dobry PR. Jeśli niemieccy lekarze pokazują takie wyniki na jednym z najważniejszych kongresów internistycznych w Europie, to sprawa wymaga poważnej debaty, a nie automatycznego przyklejania etykietki „dezinformacja”.

Tymczasem w Polsce politycy rządu Tuska ścigają się już nie o to, czy w ogóle budować farmy wiatrowe, ale jak bardzo można skrócić ich minimalną odległość od domów. W 2023 roku rząd PiS zmniejszył ją z kilometra do 700 metrów. Obecna koalicja, a zwłaszcza minister Paulina Hennog-Kloska chce zejść do 500 metrów, a premier osobiście przekonuje, że wiatraki to „przyszłość naszej energetyki”. Władz kompletnie nie interesuje, że te urządzenia mogą mieć katastrofalne skutki zdrowotne dla mieszkańców.

Skoro niemieckie środowiska medyczne zaczynają alarmować o możliwym wpływie infradźwięków na serce, wypadałoby zapytać, czy polskie Ministerstwo Zdrowia przeprowadziło albo zamierza przeprowadzić własne analizy? Czy Ministerstwo Klimatu posiada ekspertyzy dotyczące długotrwałej ekspozycji ludzi mieszkających 500 metrów od gigantycznych turbin?

NASZ KOMENTARZ: Według rządu warszawskiego tzw. „zielona energia” jest całkowicie bezpieczna, a przynajmniej tak długo, jak nie zadaje się zbyt wielu pytań. Problem zostanie zauważony dopiero wówczas, gdy ludzie zaczną masowo umierać. Czy jesteśmy zdziwieni? NIE.

Polecamy również: Jest apelacja w sprawie zoofilki z Kłodzka

Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!