Rząd przygotował kolejną reformę, która według autorów ma zachęcać Polaków do oszczędzania wody. Problem polega na tym, że nawet jeśli ktoś oszczędza, i tak może zapłacić więcej. Najwyraźniej właśnie tak dziś wygląda „sprawiedliwość społeczna” i „ekologia” w praktyce.
Nowa reforma rządu Tuska brzmi jak fragment scenariusza komedii politycznej. Projekt nowelizacji ustawy o zbiorowym zaopatrzeniu w wodę zakłada bowiem wprowadzenie taryf progresywnych. Im większe zużycie wody, tym wyższa cena za metr sześcienny. Brzmi logicznie? Oczywiście — do momentu, gdy człowiek przeczyta drobny szczegół. Jak się okazuje, próg zużycia nie ma być liczony dla konkretnego mieszkania, tylko dla całego budynku. Innymi słowy: jeśli kilku lokatorów w bloku zużywa dużo wody, wyższe rachunki dostaną również ci, którzy liczą każdą kroplę i od lat słyszą, że „trzeba żyć ekologicznie”.
Wyobraźmy sobie typowy blok. W kawalerce mieszka starsza emerytka, która oszczędza wodę bardziej skutecznie niż rząd oszczędza publiczne pieniądze. Prysznic krótki, zmywanie oszczędne, pralka raz na kilka dni. Ale dwa piętra wyżej funkcjonuje mieszkanie wynajmowane grupie studentów, gdzie pralka chodzi częściej niż miejska komunikacja, a prysznic potrafi trwać dłużej niż posiedzenie sejmowej komisji. Efekt? Cały blok wpada w wyższą taryfę. Emerytka płaci więcej, bo ktoś inny urządzał sobie codziennie domowe spa. Solidarność rachunkowa pełną parą.
To trochę tak, jakby mandat za przekroczenie prędkości dostawali wszyscy mieszkańcy ulicy, bo jeden sąsiad jeździ 120 km/h przez teren zabudowany. Absurd? Owszem. Ale najwyraźniej tylko do momentu, gdy trafi do projektu ustawy.
Na tym jednak nie koniec bombardowania nas demokracją i sprawiedliwością społeczną przez ekipę Tuska. Jeszcze na początku 2025 roku projekt zawierał bowiem zapis, który przewidywał obowiązkową kontrolę taryf przez Wody Polskie w sytuacji, gdy podwyżki przekraczały poziom inflacji. Był to pewien hamulec bezpieczeństwa dla mieszkańców. Niestety, podczas prac legislacyjnych zapis po prostu zniknął. Najwyraźniej komuś z KO przeszkadzało, że ceny wody mogłyby być choć trochę ograniczane.
Kto na tym skorzysta? Przedsiębiorstwa wodociągowe i samorządy, które dostaną większą swobodę w podnoszeniu opłat. Kto straci? Jak zwykle mieszkańcy bloków, którzy dowiedzą się o wszystkim przy otwieraniu kolejnego rachunku. Co ważne, całość dzieje się w momencie, gdy spółdzielnie równolegle zapowiadają wzrost czynszów nawet o kilkanaście czy kilkadziesiąt procent. Energia drożeje, ogrzewanie drożeje, wywóz śmieci drożeje — więc najwyraźniej uznano, że woda też nie może zostać w tyle. I chyba o taką sprawiedliwość chodziło.
Rząd przekonuje, że chodzi o racjonalne gospodarowanie zasobami i troskę o środowisko. Problem polega na tym, że projekt coraz bardziej przypomina system, w którym oszczędni mają finansować rozrzutnych, a zwykły mieszkaniec bloku ma po prostu płacić i nie zadawać zbyt wielu pytań. Bo przecież nic tak nie motywuje do oszczędzania, jak wyższy rachunek za cudze zużycie.
By żyło się lepiej wszystkim!
Polecamy również: Antyfaszyzm niczym choroba psychiczna
Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!




