Jeszcze kilka miesięcy temu izraelski rząd przekonywał świat, że wszelka krytyka działań osadników na Zachodnim Brzegu to „antysemityzm” albo „atak na prawo Izraela do obrony”. Tymczasem Unia Europejska postanowiła w końcu wykonać choć symboliczny ruch i nałożyć sankcje na najbardziej brutalne organizacje oraz osoby związane z przemocą wobec Palestyńczyków. Reakcja rządu Benjamina Netanjahu była natychmiastowa. Pojawiły się oskarżenia o „moralne bankructwo” i „antysemityzm” oraz talmudyczne odwracanie pojęć.
Netanjahu oburzony sankcjami za terror osadników. Decyzja UE dotyczyła sankcji wobec trzech żydonazistowskich osadników i czterech syjonistycznych organizacji powiązanych z przemocą na okupowanym Zachodnim Brzegu. Chodzi o zamrożenie aktywów i zakazy wjazdu. Co istotne, sankcje objęły równolegle także liderów Hamasu, aby uniknąć zarzutów o jednostronność. Mimo to izraelskie władze uznały sam fakt karania brutalnych osadników za „fałszywą symetrię” między Izraelem a Hamasem.
Biuro Benjamina Netanjahu stwierdziło wręcz, że Unia Europejska „ujawniła swoje moralne bankructwo”. Trudno o bardziej bezczelną narrację, biorąc pod uwagę, że mowa o sankcjach wobec ludzi i organizacji oskarżanych o terror wobec palestyńskiej ludności cywilnej, pogromy we wsiach, niszczenie mienia i brutalne pobicia. Według organizacji międzynarodowych i danych ONZ przemoc żydonazistowskich osadników na Zachodnim Brzegu od miesięcy rośnie, a izraelskie państwo często nie reaguje lub reaguje symbolicznie.
Szczególnie groteskowo brzmią słowa izraelskiego ministra Gideona Sa’ara, który przekonywał, że sankcje są „arbitralne” i wymierzone w obywateli Izraela „za ich poglądy polityczne”. To klasyczna manipulacja – problemem nie są poglądy, lecz konkretna przemoc i działalność organizacji wspierających nielegalne osadnictwo. Nawet Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości uznaje izraelskie osiedla na terenach okupowanych za nielegalne w świetle prawa międzynarodowego.
W ekipie Netanjahu nie zabrakło również bardziej radykalnych głosów. Itamar Ben Gwir nazwał Unię Europejską „antysemicką”, a samą decyzję przedstawił jako próbę „wiązania rąk tym, którzy bronią Żydów”. Tego typu retoryka stała się już znakiem firmowym izraelskiej prawicy: każda krytyka działań rządu lub osadników automatycznie zostaje przedstawiona jako atak na cały naród żydowski.
Co ciekawe, jeszcze niedawno sankcje były blokowane przez Viktora Orbána. Dopiero zmiana rządu na Węgrzech umożliwiła ich przyjęcie. Mimo tego UE nadal działa niezwykle ostrożnie – nie objęto sankcjami najbardziej znanych nazistów/syjonistów w izraelskim rządzie, takich jak Ben Gwir czy Bezalel Smotricz. Wielu europejskich polityków uważa wręcz obecne działania za zaledwie „baby step”, czyli minimalny, spóźniony krok wobec eskalacji przemocy i ekspansji osadnictwa.
Cała sytuacja pokazuje ogromną hipokryzję rządu Netanjahu. Izrael od lat domaga się od świata bezwzględnego potępiania terroryzmu i przemocy wobec cywilów, ale gdy pojawia się temat brutalnych działań własnych osadników, nagle każda próba reakcji staje się rzekomo „moralnym bankructwem”. Według tej logiki można karać Hamas, ale już nie ludzi atakujących palestyńskie wsie pod ochroną izraelskiego państwa. Z punktu widzenia cywilizacji łacińskiej rudno o bardziej cyniczne standardy. Niestety, wielu wciąż nie rozumie, że to norma w cywilizacji Talmudu.
Polecamy również: Tusk znowu kłamał. Amunicję z SAFE będą produkować Czesi, nie Polacy
Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!




