W kraju, w którym szpitale zamykają kolejne oddziały, ich pracownicy muszą zrzucać się na podstawowy przegląd aparatury medycznej, a samorządy walczą o każdy tysiąc złotych, pojawia się historia, która idealnie oddaje klimat dyzmokratycznego zarządzania publicznymi pieniędzmi. Chodzi o projekt rzeźby upamiętniającej lewicową artystkę Natalię Lach-Lachowicz, dofinansowany kwotą 215 tys. zł przez Centrum Rzeźby Polskiej w Orońsku.
Aż 215 tys. zł publicznych pieniędzy zostanie wydane na absurdalną rzeźbę, która ma stanąć na cmentarzu we Wrocławiu. Sprawa budzi poważne kontrowersje, bo projekt ma pełnić funkcję nagrobka prywatnej osoby, a jego forma – według dostępnych wizualizacji i opisów – jest co najmniej odważna. Autor nie ukrywa, że inspiracją była twórczość artystki, która chętnie operowała prowokacją i estetyką balansującą na granicy dewiacji seksualnej. W efekcie powstać ma obiekt, który jedni nazwą sztuką współczesną, inni – kosztownym żartem i deprawacją młodych na koszt podatnika. Pomnik ma mieć bowiem kształt… kobiecej waginy.
I tu zaczyna się zasadniczy problem. Bo nawet jeśli przyjmiemy, że sztuka ma prawo być prowokacyjna, to pozostaje pytanie: czy powinna być prowokacyjna za publiczne pieniądze, w sytuacji gdy inne potrzeby pozostają niezaspokojone? W dodatku kodeks karny zabrania umieszczania w przestrzeni publicznej przedstawień genitaliów.
Nie mniej wymowny jest tu wątek finansowania społecznego. Skoro projekt rzeczywiście ma znaczenie i społeczne poparcie, to zbiórka od prywatnych darczyńców powinna pójść bardzo sprawnie. Tymczasem po kilku miesiącach organizatorom udało się zebrać… niecały tysiąc złotych. To nie jest subtelny sygnał. To jest bardzo jednoznaczna informacja: ludzie nie widzą w tym projekcie niczego wartościowego, za co chcieliby zapłacić z własnej kieszeni. I właśnie po to jest państwo jako dojna krowa, które realizuje mokre sny lewaków i finansuje tego typu projekty.
Kontrast z rzeczywistością jest uderzający. Z jednej strony setki tysięcy publicznych pieniędzy na projekt, którego sens i forma budzą sprzeciw opinii publicznej. Z drugiej – realne problemy instytucji publicznych, które nie są w stanie zdobyć ułamka tej kwoty na bieżące funkcjonowanie i serwis sprzętu. Oczywiście, że te 215 tys. nie załata dziury budżetowej NFZ, ale nie w tym leży sedno problemu. Chodzi bowiem o problem systemowy priorytetów władzy, które są całkowicie wypaczone.
Państwo, które nie ma pieniędzy na lecznictwo, ma je na pomnik waginy oraz pomoc Ukrainie, w tym projekt wybudowania jej autostrady do Lwowa. Oczywiście zawsze można sięgnąć po klasyczną linię obrony: że przecież na sztukę też trzeba wydawać i sztuka musi prowokować, a nie każdy projekt musi być „ładny” czy „zrozumiały” dla wszystkich. To wszystko brzmi dobrze, dopóki nie zestawi się tego z konkretnymi kwotami i konkretnymi brakami gdzie indziej.
W systemie, w którym ciągle słyszymy o ograniczeniach budżetowych, nagle znajdują się środki na projekty, które nie są powszechnie uznawane za pilne. To boli i mało że boli – rodzi wściekłość, w dodatku całkowicie zasłużoną.
Dzięki temu, co robi rząd Tuska i podległe mu instytucje można odnieść wrażenie, że w Polsce istnieją dwa równoległe światy. W jednym liczy się każda złotówka i trzeba organizować zbiórki na podstawowe potrzeby danej osoby lub grupy. W drugim – pieniądze znajdują się zaskakująco łatwo, zwłaszcza gdy projekt mieści się w określonym kręgu ideowo-środowiskowym. I może właśnie to jest najbardziej bulwersujące. Nie sama rzeźba. Nie jej forma. Nawet nie kwota. Tylko poczucie, że jakaś lewacka gnida arbitralnie zdecydowała, iż to jest ważniejsze i na to pójdą pieniądze należące do nas wszystkich.
Polecamy również: Kosiniak-Kamysz chce wpisania członkostwa w Eurokołchozie do Konstytucji
Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!




