W środę 22 kwietnia br. grupa izraelskich osadników przekroczyła granicę z Syrią i podjęła próbę założenia tam nowego osiedla. Jak poinformowały media, inicjatywa została szybko przerwana przez izraelskie wojsko, które wyprowadziło uczestników z powrotem na kontrolowany przez siebie obszar. Incydent, choć krótkotrwały, wpisuje się w szerszy kontekst narastającej aktywności żydonazistowskich organizacji osadniczych i coraz śmielszego testowania przez nie granic — dosłownie i w przenośni.
Granice to tylko sugestia, czyli nowy incydent żydowskich osadników. Według dostępnych informacji, uczestnicy zdarzenia działali z premedytacją, traktując swoje plany jako formę „odbudowy obecności” na terenach, które uznają za „historycznie uzasadnione”. Jak bowiem twierdzą syjoniści, zgodnie z rzekomą obietnicą dana Mojżeszowi przez Boga, do żydostwa należy cały pas ziemi od Nilu po Eufrat. Problem polega na tym, że współczesny porządek międzynarodowy opiera się na nieco innych zasadach niż interpretacje sprzed kilku tysięcy lat. Niestety, jak widać, nie dla wszystkich stanowi to przeszkodę.
Oficjalne stanowisko izraelskiej armii było jednoznaczne: przekroczenie granicy i próba zakładania osiedla zostały określone jako naruszenie prawa. To interesujący moment, w którym państwo musi przypominać własnym obywatelom, że polityka zagraniczna nie jest inicjatywą oddolną, realizowaną metodą „wejdziemy i zobaczymy, co się stanie”.
Eksperci zwracają uwagę, że tego typu incydenty nie pojawiają się w próżni. Od lat obserwowany jest wzrost aktywności skrajnych środowisk osadniczych, które coraz częściej działają na granicy prawa — lub poza nią — licząc na późniejszą akceptację faktów dokonanych. Mechanizm jest dobrze znany: najpierw obecność, kradzieże, gwałty i mordy na tubylcach, potem infrastruktura, a na końcu debata, czy nie należałoby tego „uregulować”. Finalnie, władze „legalizują” kolejne osiedla.
Nie jest to zjawisko nowe, jednak jego intensyfikacja budzi rosnące obawy społeczności międzynarodowej. Osiedla na terenach okupowanego Zachodniego Brzegu Jordanu są powszechnie uznawane za nielegalne w świetle prawa międzynarodowego, co nie przeszkadza w ich dalszej rozbudowie. W tym kontekście próba przeniesienia podobnych działań poza dotychczasowe obszary konfliktu, na oficjalne tereny innego, uznanego międzynarodowo państwa, może być sygnałem zmiany jakościowej i dalszej radykalizacji żydonazistów.
Kuriozum tej sytuacji polega na tym, że w XXI wieku, w epoce deklarowanego przywiązania do prawa międzynarodowego, wciąż pojawiają się inicjatywy przypominające bardziej XIX-wieczne rozumienie ekspansji terytorialnej niż współczesną dyplomację. Różnica polega jedynie na skali — zamiast regularnych armii wystarczą dziś zdeterminowane grupy cywilów przekonanych, że granice są pojęciem względnym.
Na razie incydent zakończył się bez eskalacji. Pytanie, które pozostaje otwarte, brzmi jednak: czy był to jednorazowy epizod, czy raczej kolejny test reakcji — zarówno władz, jak i społeczności międzynarodowej. Jeśli to drugie, odpowiedź świata może okazać się ważniejsza niż samo wydarzenie. Tej niestety na razie nie ma, co rokuje bardzo źle.
NASZ KOMENTARZ: Aż dziw bierze, że Żydzi nie wpadli jeszcze na pomysł powołanie instytucji na wzorowanej na pruskiej Komisji Kolonizacyjnej i ich działania wciąż są rozproszone, mało skoordynowane.
Polecamy również: Prezes Zondacrypto uciekł do ojczyzny wszystkich aferałów
Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!





