W ostatnich dniach opinię publiczną zelektryzowała informacja o rekrutacji na stanowiska na Memorial University of Newfoundland, gdzie – dla dobra postępu, rzecz jasna – wykluczono możliwość aplikowania przez białych, heteroseksualnych mężczyzn. Oferty pracy skierowano wyłącznie do osób spełniających kryteria polityki „różnorodności, równości i inkluzywności” (DEI). Innymi słowy: nie liczy się, co potrafisz – ważne, kim jesteś. A właściwie kim nie jesteś. Innymi słowy – w walce z rasizmem, stosuje się rasizm wobec białych.
Kanadyjska uczelnia wyklucza białych mężczyzn z etatów naukowych. To wydarzenie trudno uznać za wypadek przy pracy. To raczej konsekwentna realizacja trendu, w którym opanowane przez skrajną lewicę instytucje publiczne coraz śmielej eksperymentują z redefinicją pojęcia równości. Dawniej oznaczało ono brak dyskryminacji. Dziś – jak się okazuje – oznacza bardzo starannie dobraną dyskryminację, tyle że „we właściwą stronę”.
Uniwersytet, który jeszcze niedawno miał być świątynią wiedzy i merytokracji, zaczyna przypominać laboratorium ideologiczne. Dorobek naukowy? Kompetencje dydaktyczne? Oczywiście, to miłe dodatki – o ile kandydat spełnia odpowiedni zestaw cech tożsamościowych. Jeśli nie, cóż… zawsze można spróbować w innej rzeczywistości.
Zwolennicy takich rozwiązań tłumaczą, że chodzi o wyrównywanie szans. Trudno jednak nie zauważyć pewnej ironii: aby zwalczyć nierówności, wprowadza się nowe nierówności – tyle że opatrzone bardziej nowoczesnym słownictwem. Mechanizm pozostaje jednak zaskakująco znajomy: selekcja ludzi na podstawie cech, na które nie mają wpływu.
Co więcej, wszystko to dzieje się w kraju, który szczyci się rozbudowanymi przepisami antydyskryminacyjnymi. Wygląda więc na to, że dyskryminacja jest problemem tylko wtedy, gdy dotyka „niewłaściwych” grup. W przeciwnym razie staje się elementem polityki publicznej, a może nawet powodem do dumy.
Efekt? Coraz bardziej widoczna erozja zaufania do instytucji, które powinny być bezstronne. Bo trudno poważnie traktować system, który jednego dnia ogłasza równość jako wartość fundamentalną, a drugiego dnia tworzy ogłoszenia pracy wykluczające całe grupy społeczne – oczywiście w imię tejże równości.
Niepokój budzi również długofalowy wymiar takich działań. Jeśli o awansie akademickim decydują kryteria ideologiczne i rasowe, a nie intelektualne, to trudno oczekiwać, by jakość badań i dydaktyki pozostała bez zmian. Ale być może to szczegół – w końcu ważniejsze jest, by struktura kadry zgadzała się z aktualnym katalogiem słusznych proporcji murzynów i innych, kolorowych imigrantów.
Cała sytuacja prowadzi do zasadniczego pytania: czy równość oznacza równe zasady dla wszystkich, czy raczej system zarządzania przywilejami? Jeśli to drugie, warto przynajmniej uczciwie to nazwać jako antybiały rasizm. Należy powiedzieć sobie jasno: jeśli taki model będzie się upowszechniał, przyszłe pokolenia mogą mieć nie lada problem ze zrozumieniem, dlaczego „równość” kojarzyła się kiedyś z czymś zupełnie innym.
A może według lewicy nie ma być już żadnych przyszłych pokoleń?
Polecamy również: Zatwierdzono sprzedaż TVN. Ekipa Tuska traci główną tubę propagandową
Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!





