Marcin Drewicz: WCIĄŻ TEN SAM BŁĄD ANTY-MISYJNY część I: „REFORMY SOBOROWE” PO WSCHODNIEJ STRONIE „ŻELAZNEJ KURTYNY”
Recepcja „reform Soboru Watykańskiego Drugiego” była w Kościele Powszechnym po obydwu stronach sowieckiej „żelaznej kurtyny” odmienna. Czy już ktoś zaprezentował po polsku wnikliwą na ten temat monografię? Czy pozostajemy nadal tylko w obszarze publicystycznych okazjonalnych przyczynków? Co oczywiście nie oznacza, że wszystkie one by miały być bez poznawczej wartości.
W odniesieniu do m.in. Polski mówi się zatem już w kontekście lat 60. XX stulecia i późniejszych o „zmianach soborowych”. Otóż wtedy nie było żadnych zmian? Gdzie ich nie było? W mentalności milionowych rzesz katolików w Polsce. Ktoś, kto wówczas był dzieckiem – mówimy nadal o komunistycznym PRL-u czasu Soboru i później – od nikogo spośród owych ludzi z przepełnionych (wówczas) na niedzielnych Mszach Świętych kościołów nie miał szans dowiedzieć się, że oto tutaj dopiero co zaszła „jakaś zmiana”.
Sam tego nie mogąc pamiętać, mógł co najwyżej przy jakiejś okazji usłyszeć, że „teraz ksiądz stoi przodem, a do niedawna stał tyłem” i że „teraz odprawia się po polsku, a do niedawna po łacinie; ale kazania przecież zawsze były po polsku”. I to wszystko! Nie zaprzeczajcie! Dziecko mogło tylko przytaknąć skinieniem głowy – „skoro tak mówicie, no to tak jest”. Skoro to mówili zwyczajni katolicy, i ci młodsi, i ci już starzy, których owa „reforma soborowa” spotkała już bliżej końca ich długiego i trudnego życia.
Rewolucja, rzeź, rabunek i zniszczenie, głód, wojna, poniewierka, okupacja, powstanie, stalinizm i dalsza komuna – to były dla tamtych pokoleń po naszej stronie „żelaznej kurtyny” owe wyznaczniki udręk życiowych. „Dziękować Panu Bogu, że u nas w Polsce Msza odprawia się jak dawniej (!!!). Bo w tych innych, dookolnych KDL-ach komuna kościoły ludziom w ogóle pozamykała”.
A poza tym, to co się dzieje w świątyni, „to nie od nas zależy, lecz od księży, gdyż to oni są w tym kierunku wykształceni, to oni się na tym znają, a nie my”. Lecz przecież – co wówczas po wschodniej stronie „żelaznej kurtyny” było wszak najważniejsze – „ta cała bezbożnicza komuna coraz to rzuca się do walki z Kościołem; więc księży trzeba wspierać”.
I tak to w Polsce masowo nie dostrzegano owych „zmian soborowych”, w ogóle nie percypowano takiego pojęcia, takiej nazwy, jeszcze w latach 80. i na początku lat 90. – w epoce owego z plecakiem na grzbiecie „papieżowania”, czyli triumfalnych milionowych zgromadzeń z okazji pielgrzymek papieża Jana Pawła Drugiego do Ojczyzny.
Bo też – na ile to wiadomo piszącemu niniejsze – pierwociny owej refleksji, nazwijmy ją, fundamentalnie „trydenckiej”, i w ogóle WIEDZY (!!!) o tym, co tak właściwie wydarzyło się na tym Soborze Watykańskim Drugim i co odtąd ciąży, coraz bardziej (!!!), na całym Kościele Powszechnym, datują się w Polsce na połowę lat 90. XX stulecia. To dopiero wtedy można było gdzie-niegdzie, mało gdzie, usłyszeć (niektórzy, ale to już zupełnie nieliczni w latach jeszcze 80.), i to wcale nie od księdza (!!!), o tym kto to byli i czym się zasłużyli owi „Piusi”, czyli papieże o tym imieniu żyjący i działający w wieku XIX i XX.
Od połowy lat 90. XX stulecia minęło już i aż… trzydziestolecie! Aż jedno pokolenie. I tyle właśnie lat działają w Polsce owi kapłani, i środowiska, odprawiający Mszę Świętą rzymskokatolicką sprzed Soboru Watykańskiego Drugiego. Tak więc owa przerwa pomiędzy tym odwiecznym masowym i powszechnym odprawianiem Mszy Św. tzw. trydenckiej, tradycyjnej, „po łacinie”, a rozpoczęciem przypominania o Niej w okresie już „posoborowym” we wciąż (!!!) niewielu miejscach, mierzy w Polsce około ćwierćwiecze, znowu: jedno pokolenie – od progu lat 70. do połowy lat 90. XX wieku.
Tak po prawdzie o wiele więcej, niż jedno pokolenie, skoro także dzisiaj (2026) ten wciąż wielomilionowy ogół Polaków „chodzących w niedzielę do kościoła” NADAL NIE WIE NIC ani o Mszy Trydenckiej, ani w ogóle o tym, że mamy w kościele jakieś rozróżnienie na obrzędy (a teraz i nauczanie!) „posoborowe” (zwane od niedawna także „modernistycznym”, która to nazwa jest jednak dziś zbyt szeroko rozciągana) i „przedsoborowe” (przepraszamy za używanie tego skądinąd użytecznego żargonu-nazewnictwa).
I zwłaszcza o tejże PERMANENTNEJ POWSZECHNEJ NIEWIEDZY jest nasza niniejsza wypowiedź.
Przyjrzyjmy się tyleż powszechnemu, co doniosłemu zagadnieniu Chrztu Świętego. Sprawa robi się ostatnio coraz bardziej poważna, co do jakości i ilości. Oto najzwyklejsi młodzi katolicy, wraz z całymi zaproszonymi na chrzciny rodzinami, babciami, ciociami i kuzynostwem, w CAŁKOWITYM ZAUFANIU (!!!) przynoszą swoje dziecię-niemowlę do świątyni, aby ksiądz je ochrzcił. Jak on je ochrzci? A co im do tego? Przecież „po katolicku”. Już tam ksiądz najlepiej wie, jak tego dokonać.
Ponieważ te dzisiejsze Chrzty – teraz chyba już jednak rzeczywiście „modernistyczne”, przed czym uchowaj nas Panie Boże! – prowadzone są ostatnio w trakcie Mszy niedzielnych, w obecności ogółu wiernych przybyłych na Mszę, każdy może sobie obejrzeć i posłuchać (mikrofon, nagłośnienie), jak to się odbywa. Po powrocie do domu zaglądamy jednak do „przedsoborowego” Mszału lub Modlitewnika, gdzie zamieszczono między innymi tekst liturgii Chrztu Świętego – uwaga! – ZNACZĄCO INNY od tego dopiero co zasłyszanego w kościele.
Ów chrzcielny wątek naszych niniejszych rozważań zawieszamy więc pytając, czy obecne najmłodsze pokolenie Polaków i w ogóle katolików jest tak ochoczo przez dzisiejszy kler chrzczone… sposobem WAŻNYM (sic!). Albowiem czegoś w tej „nowej formule chrzcielnej” jednak brakuje. Nieprawdaż? Czy aby jakiś przyszły papież nie powinien by jakimś najwyższej rangi orzeczeniem niejako… za jednym razem dopełnić tych wszystkich teraz już milionów Chrztów Świętych udzielanych od pewnego czasu, by tak rzec… „pośpiesznie-nieuważnie”?
Takie jest przynajmniej nasze, pełne najwyższego niepokoju, tego problemu rozpoznanie. Bo, skoro czas płynie nieustannie, mamy już „pośpiesznie” ochrzczonych młodych dorosłych, w tym zapewne także młodych księży, zakonników i zakonnice. Wszyscy, albo prawie wszyscy oni nie zdają sobie nawet sprawy, że to było, w tamtym miejscu i w tamtym czasie, zrobione… „pośpiesznie-nieuważnie”.
Stare polskie przysłowie powiada: „Gdzie się człowiek śpieszy, tam się diabeł cieszy”. Do zagadnienia Chrztu Św. jeszcze powrócimy.
C.D.N.
Polecamy również: Ukrainka podpaliła Polce włosy
Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!





