Sprawa Anny Skolbuszewskiej, działającej w mediach społecznościowych pod pseudonimem „Admiral Nyav”, ponownie rozpaliła dyskusję o prawdziwych kulisach pro ukraińskiej dobroczynności. Kobieta przez lata była przedstawiana jako zaangażowana wolontariuszka wspierająca ukraińskich żołnierzy. Wizerunek osoby bezinteresownie pomagającej na froncie budował zaufanie tysięcy ludzi, którzy wpłacali pieniądze na pomoc medyczną dla walczących. Dziś jednak nad tą historią zawisły poważne wątpliwości. W grę wchodzi kradzież poważnych sum pieniędzy.
Znana wolontariuszka miała kraść pomoc dla Ukrainy. Według doniesień części mediów oraz osób związanych z organizacjami pomocowymi, Skolbuszewska jest podejrzewana o przywłaszczenie części środków pochodzących ze zbiórek. Pieniądze, które miały trafiać na zakup sprzętu medycznego czy wsparcie medyków ewakuujących rannych z frontu, miały w pewnym zakresie zostać wydane na prywatne cele – między innymi podróże zagraniczne oraz gry hazardowe. Trzeba podkreślić, że sprawa nie zakończyła się jeszcze prawomocnym wyrokiem sądu, jednak już same podejrzenia wywołały oburzenie wśród darczyńców.
Ta historia uderza w coś znacznie większego niż reputacja jednej osoby. Od początku rosyjskiej inwazji na Ukrainę powstały tysiące oddolnych inicjatyw pomocowych. Wiele z nich jest autentycznych i wykonuje ogromną, często niedocenianą pracę. Jednak równolegle pojawił się również niebezpieczny trend – internetowi „wolontariusze”, którzy potrafią zamienić dramat wojny w dochodowy biznes.
Media społecznościowe stworzyły do tego idealne warunki. Wystarczy kilka zdjęć z frontu, kilka emocjonalnych wpisów i historia o pilnie potrzebnej pomocy. Wzruszeni ludzie przelewają pieniądze, często bez sprawdzania, kto faktycznie stoi za zbiórką i gdzie trafiają środki. Tymczasem transparentność finansowa tych działań była minimalna, a rozliczenia – jeśli w ogóle się pojawiały – funkcjonowały wyłącznie powierzchownie i szczątkowo.
W takich warunkach rodzi się zjawisko pseudowolontariatu. To osoby, które potrafią świetnie budować swój wizerunek: publikują zdjęcia w kamizelkach taktycznych, pozują przy ambulansach czy konwojach z pomocą. Z zewnątrz wygląda to jak heroiczna działalność humanitarna. W praktyce bywa jednak, że za kulisami kryją się prywatne interesy, autopromocja i pieniądze, które nigdy nie docierają tam, gdzie powinny.
Sprawa Skolbuszewskiej nie jest jedyna. W styczniu br. opisywaliśmy wątek fundacji OMZRiK przestępcy Rafała Gawła, która zebrała ponad 100 tys. zł na samochody terenowe dla ukraińskiej obrony terytorialnej. Fundacja odmówiła ujawnienia dokumentów związanych z zakupem i przekazaniem pojazdów stronie ukraińskiej. W tej sprawie toczy się już śledztwo. Kradli też Ukraińcy, do których trafiała pomoc finansowa i materialna. Internet wielokrotnie obiegały materiały, na których widać było polską pomoc humanitarną, sprzedawaną w komercyjnych sklepach daleko od frontu.
Każda taka historia szkodzi nielicznym, prawdziwym wolontariuszom. To oni płacą najwyższą cenę za utratę zaufania. Gdy pojawia się kolejny skandal, darczyńcy zaczynają wątpić we wszystkie zbiórki. W efekcie cierpią ci, którzy naprawdę ratują życie – medycy, ratownicy i organizacje działające na froncie.
Sprawy Skolbuszewskiej i OMZRiK – niezależnie od ich ostatecznych rozstrzygnięć – powinny być ostrzeżeniem. Pomaganie w czasie wojny nie może być oparte wyłącznie na emocjach i internetowej popularności. Każda zbiórka powinna mieć jasne zasady, publiczne rozliczenia i realną kontrolę wydatków.
Wojna to tragedia milionów ludzi. Jeśli ktoś próbuje zamienić ją w źródło osobistych zysków, zasłaniając się hasłami o pomocy humanitarnej i wspieraniu „walczącej Ukrainy”, jest to nie tylko moralnie wątpliwe – to zwyczajna zdrada zaufania tych, którzy chcieli pomóc najbardziej potrzebującym.
Polecamy również: Francuska liga rezygnuje z tęczowych opasek. WOKE w odwrocie?
Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!




