Walentynki i Armia Krajowa
Jutro większość Polaków będzie świętować walentynki. Będą kupować serca z czekolady, bukiety róż, organizować kolacje przy świecach. Wszystko to za sprawą ckliwych reklam, które utrzymują, że miłość jest tym droższa, im droższe prezenty. Czy naprawdę tylko raz w roku powinniśmy okazywać miłość swoim bliskim? Czy nie powinniśmy tego robić każdego dnia, nie przez drogie gadżety, ale przez prawdziwe czyny, wspólnie spędzony czas i szczere uczucie? A przecież 14 lutego to data o wiele ważniejsza, data, która powinna poruszać nas głębiej niż jakakolwiek romantyczna sympatia.
Dokładnie 14 lutego 1942 roku generał Władysław Sikorski wydał rozkaz, na mocy którego Związek Walki Zbrojnej stał się Armią Krajową. To nie była zwykła zmiana nazwy. Był to akt podniesienia rangi – z konspiracyjnej organizacji wyrosła formalna armia Polskiego Państwa Podziemnego, największa podziemna siła zbrojna w okupowanej Europie. W najlepszym momencie Armia Krajowa liczyła blisko 400 tysięcy zaprzysiężonych żołnierzy – nie amatorów, lecz ludzi, którzy codziennie ryzykowali życie, rodzinę i godność dla jednej sprawy: wolnej Polski.
Właśnie w rocznicę tej daty, kiedy media będą pełne różowych filtrów, serduszek i memów z pluszowymi misiami, warto przypomnieć kilka ważnych rzeczy, które dzisiejsza poprawność polityczna często próbuje ukryć.
Armia Krajowa była armią polską do szpiku kości. Nie marksistowską, nie internacjonalistyczną, nie „europejską”. Walczyła o niepodległą, suwerenną Rzeczpospolitą, a nie o „lepszą przyszłość w ramach nowego porządku światowego”. Jej żołnierze przysięgali na Boga, Honor i Ojczyznę – trzy słowa, które dla części dzisiejszych elit brzmią jak obelga. Nie walczyli o „wartości europejskie”, tylko o Polskę taką, jaką zostawili im przodkowie: katolicką, niepodległą, i suwerenna.
Ich wróg był jeden – okupant. Najpierw niemiecki, potem sowiecki. Nie robili różnicy między nazistowską a czerwoną zarazą. Dlatego w 1944 roku, gdy Armia Czerwona przychodziła i wmawiała, że nas wyzwala, a tak naprawdę wprowadzała nowy rodzaj niewoli, AK-owcy stali się automatycznie wrogami ludu, bandytami, reakcyjnym podziemiem. Sowieci i ich polscy kolaboranci zabijali, torturowali w więzieniach, rozstrzeliwali w piwnicach UB tysiące tych, którzy jeszcze rok wcześniej strzelali do Niemców w obronie Polski.
A my? My w 2026 roku, w osiemdziesiątą czwartą rocznicę rozkazu generała Sikorskiego, wolimy 14 lutego kupować serduszka, niż zapalić znicz na grobie „Grota”, „Bora”, „Niedźwiadka”, „Zośki”, „Parasola” – setek tysięcy tych, których nazwisk już nie pamiętamy. Wolimy przewijać Instagrama, niż przeczytać choć jedną relację z kanałów powstańczych, listę strat batalionu „Czata 49” albo list matki, która w 1945 roku dowiedziała się, że jej syn Zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach, co oznacza, że został najprawdopodobniej zamordowany przez NKWD lub Urząd Bezpieczeństwa.
Dopóki 14 lutego będzie kojarzył się głównie z walentynkami, a dopiero później, o ile w ogóle, z pamięcią o Armii Krajowej – dopóty będziemy społeczeństwem, które łatwiej wzrusza się krótkim filmem o szczeniaku niż grobem szesnastoletniego chłopaka z organizacji „Parasol”, który zginął z bronią w ręku, bo nie chciał ulegać czerwonej armii.
A Wam, którzy jutro będziecie pisać „kochanie ❤️”, przypominam: prawdziwa miłość do Polski kosztowała kiedyś więcej niż bukiet tulipanów. Kosztowała wszystko.
Nie powinniśmy się wstydzić tego, że czternasty lutego jest przede wszystkim dniem wszystkich tych ludzi. To nasz obowiązek, aby ten dzień przestał być tylko zwykłą datą w kalendarzu historycznym.
Polecamy również: Brytyjska agencja fałszowała dane meteo, by zadowolić lobby klimatyczne
Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!





