Jeden z ministrów w rządzie premiera Binjamina Netanjahu zagroził, że południowe przedmieścia Bejrutu mogą wkrótce wyglądać „jak Strefa Gazy”. Taka retoryka nie tylko podnosi temperaturę konfliktu, lecz także pokazuje kierunek polityki obecnych władz Izraela – coraz bardziej konfrontacyjny i awanturniczy, podobny do polityki III Rzeszy.
Żydzi grożą agresją kolejnemu krajowi. Według doniesień medialnych groźby padły podczas wizyty na granicy z Libanem. Izraelski minister Bezalel Smotrich zapowiedział intensywne bombardowania, które miałyby doprowadzić do zniszczenia części Bejrutu w podobny sposób, jak wcześniej zniszczono miasto Khan Junis w Strefie Gazy.
Takie słowa nie są zwykłą retoryką polityczną. W regionie, który od dziesięcioleci pozostaje jednym z najbardziej zapalnych punktów świata, każda groźba użycia siły może doprowadzić do eskalacji. Tym bardziej, że napięcia między Izraelem a Libanem utrzymują się od miesięcy, a w ostatnich dniach dochodziło do wzajemnych ataków i ostrzałów związanych z działalnością Hezbollahu.
Problem polega na tym, że rząd Netanjahu coraz częściej sięga po logikę eskalacji zamiast dyplomacji. Izrael prowadzi operacje militarne w Strefie Gazy, utrzymuje napięcie na granicy z Libanem, a jednocześnie uczestniczy w działaniach wymierzonych w Syrię, Jemen i Iran. W efekcie konflikt rozszerza się na kolejne państwa regionu i grozi przekształceniem w szerszą wojnę.
W takiej sytuacji groźby pod adresem Libanu mogą być postrzegane jako zapowiedź otwarcia kolejnego frontu. Historia regionu pokazuje, że tego typu działania rzadko kończą się szybkim i jednoznacznym zwycięstwem. Zazwyczaj prowadzą natomiast do wieloletniej spirali przemocy, która dotyka przede wszystkim ludność cywilną.
Nie można ignorować faktu, że Izrael ma prawo do obrony przed atakami ze strony organizacji zbrojnych. Hezbollah wielokrotnie prowadził ostrzał izraelskiego terytorium, a bezpieczeństwo mieszkańców północnej części kraju jest realnym problemem. Z drugiej jednak strony odpowiedzialna polityka bezpieczeństwa powinna polegać na minimalizowaniu ryzyka wojny regionalnej, a nie na publicznym straszeniu inwazją na niepodległe państwa i niszczeniem ich miast.
Największym zagrożeniem jest jednak to, że obecna strategia prowadzi do niekontrolowanego rozszerzania się konfliktu. Bliski Wschód już dziś znajduje się w stanie poważnej destabilizacji – napięcia obejmują Izrael, Iran, Liban, Syrię czy Jemen. Każdy kolejny atak lub groźba zwiększa ryzyko, że lokalne starcie przerodzi się w wielką wojnę regionalną. Muzułmanie potrafią być cierpliwi, ale gdy przebierze się miarka, mogą spuścić się nawet z amerykańskiej smyczy.
Rząd Netanjahu, który uważa, że wolno mu wszystko, dopóki korzysta z amerykańskiej ochrony, powinien mieć świadomość, że demonstracyjne groźby i kolejne operacje militarne mogą przynieść krótkoterminowe korzyści polityczne, ale w dłuższej perspektywie pogłębiają nienawiści do Izraela i chęć odwetu na nim. Amerykański parasol może się kiedyś skończyć, a wówczas nie będzie już tak wesoło jak dziś. Historia pokazuje bowiem, że na Bliskim Wschodzie wojny bardzo łatwo się zaczynają, ale znacznie trudniej je zakończyć. Odwety są natomiast zwykle bardzo krwawe.
Polecamy również: Amerykańscy generałowie twierdzą, że wojna przyspieszy nadejście Mesjasza
Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!





