Coraz większe emocje budzi decyzja rządu Tuska o przystąpieniu Polski do unijnego programu SAFE. Wypowiedzi ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego sugerują, że nasz kraj przyjmie niekorzystne rozwiązania związane z tym instrumentem nawet mimo sprzeciwu prezydenta. Taka postawa rodzi poważne pytania o stosunek obecnej władzy do krajowego porządku prawnego, a także o kierunek, w którym rząd chce prowadzić państwo – jest to droga głębokiego podporządkowania się decyzjom Brukseli i mechanizmowi warunkowości.
SAFE (Security Action for Europe) to unijny instrument finansowy przeznaczony na rozwój zdolności obronnych państw członkowskich. Program przewiduje uruchomienie nawet 150 mld euro w postaci długoterminowych, preferencyjnych pożyczek dla krajów UE na zakupy sprzętu wojskowego oraz rozwój przemysłu obronnego. Rząd warszawski stara się o największą część tej puli – około 43,7 mld euro. Warto jednak pamiętać, że nie są to dotacje, lecz kredyty, które będą spłacane przez wiele lat. Oznacza to kolejne zobowiązania finansowe państwa, które w praktyce obciążą przyszłe pokolenia podatników.
Istotnym elementem programu jest także fakt, że znaczna część środków ma trafiać do europejskiego przemysłu zbrojeniowego. Program ma bowiem wzmacniać przede wszystkim produkcję w UE, a nie zakupy poza nią. W praktyce może to oznaczać preferowanie określonych dostawców i ograniczanie swobody państw w wyborze partnerów.
Najwięcej kontrowersji budzi jednak tzw. mechanizm warunkowości. Oznacza on powiązanie dostępu do środków z oceną Komisji Europejskiej dotyczącą sposobu wydawania pieniędzy oraz zgodności działań państwa z unijnymi regulacjami.
Zwolennicy programu SAFE przedstawiają towarzyszącą mu warunkowość jako mechanizm wyłącznie związany z kontrolą finansów. Krytycy wskazują, że w praktyce może on stać się kolejnym narzędziem nacisku politycznego. W ostatnich latach Polska już wielokrotnie doświadczyła sytuacji, w której fundusze unijne były uzależniane od ocen politycznych formułowanych przez instytucje UE. W skrócie – kolejne transze pieniędzy będą wypłacane Polsce, jeśli Bruksela uzna, że rząd jest jej posłuszny, wprowadza związki partnerskie, rozszerza aborcję, przyjmuje walutę euro.
W ten sposób istnieje silne ryzyko, że decyzje dotyczące kluczowych inwestycji obronnych mogą być uzależnione od zachowania wiernopoddańczych relacji politycznych z Brukselą. Te z kolei gwarantuje wyłącznie trwanie u władzy w Warszawie koalicji Tuska. Już sprawa KPO pokazała, na czym zależy brukselskim decydentom.
Kontrowersje pogłębia też sposób procedowania ustawy wdrażającej program w Polsce. W polskim systemie konstytucyjnym prezydent odgrywa ważną rolę w procesie legislacyjnym i ma prawo zawetować ustawę, jeśli uzna ją za niekorzystną dla państwa. Tymczasem wypowiedzi części przedstawicieli rządu – w tym Radosława Sikorskiego – sugerujące, że Polska i tak przystąpi do SAFE niezależnie od decyzji głowy państwa, są niepokojącym sygnałem. W praktyce oznaczałoby to próbę obejścia mechanizmów konstytucyjnych lub wywierania presji politycznej na prezydenta.
Takie działania podważają podstawową zasadę państwa prawa, zgodnie z którą organy władzy publicznej działają w granicach i na podstawie prawa. Jeśli rząd zaczyna traktować procedury konstytucyjne jako przeszkodę do obejścia, a nie jako element systemu równowagi władz, rodzi to poważne wątpliwości co do standardów demokracji.
Sprawa SAFE wpisuje się w szerszy kontekst polityki prowadzonej przez rząd Donalda Tuska. W wielu obszarach można zauważyć wyraźną tendencję do jak najszybszego włączania Polski w kolejne inicjatywy centralistyczne UE, często bez szerokiej debaty publicznej. W przypadku SAFE dotyczy to nie tylko finansów, lecz także polityki przemysłowej i części decyzji dotyczących zakupów uzbrojenia. W dłuższej perspektywie prowadzi to do ograniczenia strategicznej autonomii państwa w obszarze bezpieczeństwa.
Jeżeli rząd rzeczywiście spróbuje przyjąć SAFE mimo sprzeciwu prezydenta lub z pominięciem pełnej debaty publicznej, oznaczać będzie to niebezpieczny precedens. Oznaczałby on bowiem, że w imię „integracji europejskiej” można ignorować mechanizmy konstytucyjne i wolę sporej części społeczeństwa. W państwie prawa takie podejście nie powinno mieć miejsca – niezależnie od tego, czy chodzi o politykę wobec UE, czy o jakikolwiek inny obszar funkcjonowania państwa. To bowiem nic innego jak staczanie się w odmęty autokratyzmu lub totalitaryzmu.
Polecamy również: W Europie narasta przemoc wobec kobiet. Przyczyną oczywiście imigranci
Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!





