Felietony

Marcin Drewicz: Powrót do 6-letniej podstawówki

Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!

Marcin Drewicz: Powrót do 6-letniej podstawówki

   Spośród typów szkół proponowanych przez nas w ramach ustroju szkolnego 6+6 Polacy pokolenia średniego i młodszego praktycznie poznali, oprócz Szkoły Policealnej Zawodowej Dwuletniej, przede wszystkiem powszechną Szkołę Podstawową Sześcioletnią. Jest więc niedawno wszakże sporządzona bieżąca dokumentacja pracy takiej szkoły, jest zgromadzone ponad dwudziestoletnie  doświadczenie… Tylko brać! Nadal pracuje sporo nauczycielek i nauczycieli, którzy swoją zawodową młodość spędzili w Sześciolatce.

   Wynaleźliśmy w Internecie Ramowy Plan Nauczania dla Szkoły Podstawowej Sześcioletniej z roku 1999. Prawda, że całkiem niedawno to było?

   Sięgamy pamięcią, lecz w oparciu tylko o pamięć, jak się okazuje, bez wyraźnego rezultatu, aby ustalić moment-rok, w którym dla pierwszych trzech klas polskiej Podstawówki (uczniowie w wieku 7-9 lat) wprowadzono owo „Kształcenie Zintegrowane”, czyli nauczanie bez podziału na przedmioty. Czy to jest dobry pomysł, czy zły? Akurat tutaj powstrzymujemy się przed odpowiedzią na to pytanie.

Owszem, w Ramowym Planie ówczesne MEN wyszczególniło jednak pewien przedmiot, owo szkolne „dwa w jednym”, czyli Religię/Etykę realizowaną w wymiarze 2 lekcji tygodniowo przez wszystkie lata nauczania w Szkole Podstawowej. Tak więc – czy „kształcenie zintegrowane”? Czy może w tym akurat zakresie… „zdezintegrowane”? Skoro nauczanie Świętej Religii Rzymskokatolickiej, a przy okazji owe pogadanki etyczne pokazuje się jako coś, by tak rzec, zaledwie „przyklejonego” do całej szkolnej reszty.

Dzieci to przecież widzą i przecież rozumieją, lepiej niż nam dorosłym by się wydawało. Wyniki tego wciąż z rezerwą traktowania przedmiotu Religia zbiera się nie od razu, o nie, ale dopiero po latach, w postaci właśnie dezintegracji narodu (post-narodu) i jego moralnej degrengolady. Dzisiejsze statystyki, jak i obłudne biadolenia prezentowane nawet już w tych massmediach „głównego ścieku” nie pozostawiają co do tego wątpliwości.

   Przetrzymywano najmłodsze dzieciaki w tamtej Podstawówce Sześcioletniej (rok 1999 i później) w wymiarze tygodniowym łącznie przez trzy pierwsze lata nauki przez 72 godziny lekcyjne – taka liczba jest podana w Planie – co daje nam, średnio, 24 lekcje tygodniowo w każdej z trzech pierwszych klas (wiek uczniów: 7-9 lat) – lecz podziału godzin na klasy w Planie się nie podawało.

W naszej opinii jest to bardzo podejrzane. Tu wskażmy od razu, iż dla klas starszych – IV-VI (wiek uczniów 10-12 lat) – były to łącznie 84 godziny (1999 i później), już z podziałem na przedmioty, więc średnio po 28 lekcji tygodniowo. I rzeczywiście, w osobnej tabeli MEN w roku 1999 doprecyzowało, że dla klasy V miało być 27 lekcji tygodniowo, a dla klasy VI 28 lekcji tygodniowo… no to dla klasy IV (czwartej – 10-latkowie) lekcji tygodniowo… aż 29 (84-27-28=29). Czy aby nie za dużo?

   Tak czy owak dyrektorom Szkół dano wtedy dużą swobodę w dopełnianiu owego ministerialnego Ramowego Planu Nauczania dla każdej z placówek oświatowych i o rozstrzyganiu, kto, kiedy, czego i jak długo miał się uczyć. „Jak liberalizm, to liberalizm…”, „Każdy swój na swój strój…”.

   Aczkolwiek tamto już się dokonało i minęło. Jakie to dało rezultaty? Dla tego pokolenia początku XXI stulecia. Jakiekolwiek by one były, te wyniki pracy Szkoły Podstawowej Sześcioletniej, zostały one brutalnie zniwelowane przez nihilistyczny ustrój ówczesnej Szkoły Ponadpodstawowej 3+3, czyli… żadnej (sic!). Nie przez „ustrój”, lecz przez ludzi, którzy tenże ustrój byli wprowadzili i którzy go tak strasznie długo i uparcie podtrzymywali (sic!). „Samo się nie zrobiło”.

   O ile nas pamięć nie myli, w latach 70. XX wieku, czyli w PRL-u doby „gierkowszczyzny” pierwszoklasiści pomykali do Podstawówki „na ósmą godzinę” (jedni w asyście rodzica, a inni bez asysty), aby przesiedzieć tam 4 (cztery) lekcje, lecz wtedy jeszcze przez 6 dni w tygodniu (sic!). To dawało – patrz wyżej – rzeczywiście te 24 godziny (4×6=24). „Sprasowanie” tego samego wymiaru godzin w dniach li tylko 5-ciu dawało wszakże wynik: jednego (z pięciu) dnia lekcje 4 i po 5 lekcji przez cztery pozostałe dni tygodnia nauki… w najmłodszych klasach Szkoły Podstawowej (sic!).

A my się teraz dziwimy, że nasza dzisiejsza młodzież wraz z naszymi młodymi dorosłymi „jest jaka jest” – owo pokolenie ofiar (tak!) ustroju szkolnego 6+3+3. Wątku „matki pracującej” i sytuacji, kiedy to „przez cały dzień nikogo nie ma w domu” tu w ogóle nie podejmujemy, gdyż wymaga on osobnego sążnistego opracowania.

   Zresztą, ostatnie ćwerćwiecze, czyli dotychczasowe lata XXI stulecia upłynęły MEN-owi na uprawianiu wspomnianego „sprasowywania” materiału nauczania, czego wynikiem jest w wielu dzisiaj (przełom roku 2025/2026) funkcjonujących szkołach, lecz raczej tych Ponadpodstawowych, 40-godzinny tydzień nauki.

   O, PRL-u naszego dzieciństwa i młodości! Jak to dobrze, że starając się wprawdzie zmusić nas do rozmaitych absurdów chociaż ty nie kazałeś nam odbębniać jednym cięgiem po aż 8. obowiązkowych lekcji dziennie! Jak ta dzisiejsza (2025/2026) młodzież to wytrzymuje?

   Co zaś tyczy klas Podstawówki, zwłaszcza tych młodszych – czy te dzieciaczki koniecznie muszą się co dnia zrywać wcześnie rano (mroki grudniowe), aby zdążyć na tę „ósmą godzinę”? A niektóre na jeszcze wcześniejszą godzinę „zerówkę”? Od godziny 8:00 cztery lekcje po 45 minut, a pomiędzy nimi trzy przerwy po 10 minut. Więc o godzinie zaledwie 11:30 (!!!) wracają one do domu albo pozostają w szkolnej świetlicy aby… odsypiać? W środku jasnego Bożego dnia? Co to za życie?

   Do dzisiaj pamiętamy dobrze, jaką to radość wywoływała nieoczekiwana informacja, że w wyniku jakichś doraźnych zmian w Planie Zajęć „jutro przychodzicie na drugą lekcję”, więc na godzinę dopiero 8:55. Och, jaka ulga! Lecz czy taka okoliczność rozleniwiała ucznia? Czy osłabiała ona jego chęci i zdolności do nauki? O, nie! Bynajmniej! Wręcz przeciwnie!

   Są ranne ptaszki – tacy, którzy rano wcześniej wstają, lecz wieczorem wcześniej odczuwają znużenie i udają się na nocny spoczynek. Lecz są też nocne marki, dla których – aby mogli oni przez cały dzień dobrze funkcjonować – obydwie powyższe czynności życiowe powinny być przesunięte w przód o około jedną lub nawet dwie godziny (u niektórych nawet i trzy!). Ustrój szkolny od dawnych już czasów jest skrojony pod tych pierwszych, więc nocne marki na tym cierpią. Oto jedna z okoliczności skłaniających niektóre rodziny do podjęcia nauczania ich dzieci w trybie domowym.

   Owszem, bywały Szkoły „przeciążone”, więc pracujące „na dwie zmiany”. To też źle. Bo czym i pod czyją opieką mają się przed południem zajmować uczniowie przypisani do zmiany drugiej-popołudniowej? Skoro – patrz wyżej – „matki w pracy”.

   W wielu szkołach są dzisiaj międzylekcyjne przerwy li tylko 5-minutowe. Ani wysiusiać się nie ma kiedy (nauczycielka też). Ani z piętra na piętro do pracowni przejść całą klasą też nie ma kiedy.

   Cui bono? W imię czego to całe dzisiejsze szaleństwo? Długie lata już trwające. Lecz nie napisaliśmy tu przecież o wszystkim. A później „telewizor” obłudnie biadoli nad w każdym zakresie marną formą obecnego polskiego najmłodszego pokolenia (i tego średniego też, po minionym ćwierćwieczu ustroju 6+3+3).

   Dość już słowa wstępnego. Zaprezentujmy nareszcie:

RAMOWY  PLAN  NAUCZANIA  DLA  SZKOŁY  PODSTAWOWEJ  SZEŚCIOLETNIEJ

KLASY  IV-VI

wariant B  (2019)

 

P r z e d m i o t

Tygodniowy  wymiar nauczania  w  klasie  

C

 

D

IV V VI
1 Religia 1,5* 1,5 1,5 4,5 117
2 Język Polski 3 3 4 10 260
3 Język Obcy Nowożytny I (Angielski – kontynuacja) 5 5 5 15 390
4 Matematyka 2 2,5 3 7,5 195
5 Historia 1,5* 2 2 5,5 143
6 Przyroda 2 2 3,5 7,5 195
7 Technika-Informatyka 1 2 3 78
8 Plastyka 1,5* 1,5 1 4 <104
9 Muzyka 1,5* 1,5 1 4 <104
10 Wychowanie fizyczne 2,5* 2,5 2,5 7,5
11 Godzina wychowawcza 1 1 1 3
RAZEM 21,5 23,5 26,5 71,5
/12/ Język Obcy Nowożytny II

(od podstaw)

5 5 5 15 390

Objaśnienia znaków:

C – Łącznie tygodniowy wymiar nauczania – klasy IV-VI;

D – Liczba nowych tematów (bez powtórek, klasówek, sprawdzianów);

*Liczby ułamkowe oznaczają nauczanie danego przedmiotu w jednym semestrze danego roku szkolnego w innym wymiarze godz. lekcyjnych tygodniowo, aniżeli w innym (drugim) semestrze, n.p. w semestrze I godzina 1, a w semestrze II godziny 2; n.p. godzina wychowawcza co drugi tydzień, wtedy zapis: 0,5;

   Omawianie treści powyższej tabeli zacznijmy nietypowo, mianowicie przywołując postać i powołanie… Przedszkolanki-(Multi)Artystki-Instruktorki. Zdziwieni??? Lecz także postacie o tych cechach Nauczycielki i Nauczyciela Szkoły Podstawowej. Posłużymy się zagranicznym przykładem wziętym z Internetu, który niech nie tylko o tzw. kulturze ludowej stanowi, lecz i w ogóle o kondycji danego społeczeństwa-narodu-(plemienia).

Oto – najkrócej rzecz opowiadając – w którymś z dni wielodniowego Maryjnego październikowego dorocznego odpustu w hiszpańskiej-aragońskiej Saragossie może nawet ponad tysiąc (dwa tysiące?!) tamtejszej dziatwy i młodzieży na Placu Katedralnym do wtóru błogiej muzyki i z akompaniamentem własnych kastanietów (każdy i każda ma w każdej dłoni taki malutki instrument) w karnej formacji (!) i zarazem w parach (!) odtańcowuje sławną jotę (czytaj: hotę).

Acz wszyscy „jak jeden mąż”, od kilkulatka do kilkudziesięciolatka, jedną i tę samą spośród wielu wersji owego tańca (wszyscy nie oglądając się jeden na drugą wykonują równocześnie ten sam dość złożony pląs-krok, bez omyłek; oni to… słyszą, oni to czują). A jest to młodzież przybyła tam i wtedy z całego miasta i z okolic, „z różnych parafii”, która wcześniej, w tym jakże licznym składzie, ćwiczyła wspólną gromadną jotę mało lub nawet… wcale.

Ktoś ich tego – podobnie jak to się dzieje u nas w góralszczyźnie – uprzednio nauczył, ktoś ich do tego wdrożył, w domu rodzinnym, w przedszkolu, w szkole, także w salce parafialnej i w innych jeszcze miejscach. „No bo oni mają to we krwi… No bo oni się z tym rodzą…”. No, a my, Polacy dzisiejsi? Czy w nas płynie dziś jeszcze jakaś „krew”? Czy kolejne roczniki się jeszcze u nas „z czymś” rodzą? Czy się one w ogóle rodzą? – oto jest pytanie!

   U nas we współczesnej Polsce coś podobnego jak tamto w dalekiej Saragossie, czy raczej coś analogicznego, w zakresie, dajmy na to, gromadnego mazura (czwórki mazurowe – a co to takiego?) lub nawet powolnego wszakże poloneza pod gołym niebem nie jest obecnie możliwe, niestety. Największe znane nam podobne osiągnięcie polskie, to ów na sto par (więc zaledwie dwieście tancerzy i tancerek) polonez „z figurami” (taniec powolny, więc łatwy do opanowania) tańczony co roku, ale „nie tutaj”, lecz w… Wilnie, o tak, przez tamtejszą polskiej narodowości młodzież maturalną, więc w skali szkolnej już tę najstarszą.

   Z ambiwalentnym odczuciem oglądamy w Internecie nagrania z na przykład jasełek, z dumą prezentowane przez najlepsze polskie przedszkola lub młodsze klasy Szkół Podstawowych, gdzie bynajmniej nie tysiąc – jak w Saragossie, ale zaledwie kilkanaścioro lub może dwadzieścioro naszych przedszkolaków lub pierwszo- drugoklasistów nie jest w stanie do przecież jednej i tej samej muzyki poruszać się – wszyscy – jednocześnie, czyli w takt tej właśnie muzyki.

Nasze polskie dzieci obecnego pokolenia tej muzyki, pomimo zdrowego słuchu, jednak, paradoksalnie… nie słyszą (sic!). A lepiej powiedzieć: słyszą, oczywiście że słyszą, lecz nie wiedzą, nie czują, ani własnego pomysłu-odruchu (już) nie mają, jak się wobec tego słyszenia zachowywać-poruszać-pląsać.

Dlaczego? Ano dlatego, że „pani” im (jeszcze) własnego przykładu nie dała (może jest niemuzykalna?), tego im najwidoczniej (jeszcze) nie wyjaśniła, ani ich tego (jeszcze) nie nauczyła. W domu rodzinnym też tego nie uczyniono, gdyż takimi sprawami w ogóle się tam nie zajmowano. Dlaczego? Czy to coś złego? Kiedyś były dla dzieci prowadzone zajęcia z Rytmiki – tak to się nazywało.

   Wiele by o tym wszystkim mówić, lecz my się tu już powściągamy. Dość już poprzestać – na tym z dalekiej Saragossy przykładzie. Dzisiaj coraz częściej słyszymy, że „lepszy przykład niż wykład”. Zatem, jak mawia Poeta: „resztę niech słuchacz (czytelnik) sam sobie dośpiewa”.

   Widzimy, że Szkoła Podstawowa Sześcioletnia ma być nie dość, że Szkołą multi-artystyczną (o tym jeszcze parę słów dalej), to i szkołą języków obcych. Program już pierwszych trzech-najmłodszych klas trzeba dodatkowo „zdezintegrować”, aby wydobyć z niego po te 5 pełnych lekcji tygodniowo Języka (w naszych czasach zazwyczaj) Angielskiego, i tak ten przedmiot prowadzić do końca Podstawówki.

Najpóźniej w klasie IV, możliwie jak najwcześniej – jak podpowiedziano na końcu ww. tabeli – można wystąpić z nauczaniem kolejnego Języka Obcego Nowożytnego, może w trybie poobiednio-przedwieczornym; a może dla tych uczniów, którzy pozostają „po lekcjach” we wspomnianej świetlicy szkolnej.

   Czy nie za mało proponujemy nauczania Języka Polskiego? Czy nie za mało proponujemy nauczania Przyrody, czyli „zintegrowanych” Fizyki, Chemii, Biologii i Geografii? Czy nie za mało Matematyki? I innych przedmiotów. A ile obowiązkowych lekcji tygodniowo – patrz: rozważania na początku niniejszego artykułu – może mieć maksymalnie 10-latek?

A ile może ich znieść 12-latek? Aby to wszystko niosło dla niego – zbilansowane! – więcej pożytku, niż szkody. Aby czas i wysiłki owego dziecka nie szły, per saldo, na marne! Aby nie było ono po kujońsku zaduszone męką szkolną (np.: Henryk Sienkiewicz, „Z pamiętnika poznańskiego nauczyciela”).

   Dzisiejsze MEN (dokument z maja 2024 roku), przynajmniej na papierze, na nauczanie w pierwszych trzech klasach (wiek uczniów: 7-9 lat) Szkoły Podstawowej wszakże Ośmioletniej przeznacza po 21 godzin lekcyjnych tygodniowo, nie licząc Religii/Etyki, w ramach „Edukacji Wczesnoszkolnej” zwanej wcześniej „Kształceniem Zintegrowanym”. W klasach IV-VI mamy odpowiednio, nadal bez uwzględnienia tych 2 godzin na Religię/Etykę, po 24, 25 i ponownie 25 godzin lekcyjnych tygodniowo.

   A później następuje w MEN-owskim zapisie jakiś dziwny skok, jakby uczniowie, zarówno chłopcy, jak i dziewczynki, gwałtownie mężnieli w wieku 12-13 lat (swoją drogą – coś w tym jest). Lecz u nas, czyli w ustroju 6+6 tenże skok jest zaakcentowany po prostu zakończeniem nauki w Podstawówce i wyjściem na „szerokie wody” Szkoły Ponadpodstawowej. Natomiast dla obecnej Podstawówki Ośmioletniej MEN zarządza dla klas VII i VIII po ponad trzydzieści godzin lekcyjnych tygodniowo, co daje co najmniej aż siedem lekcji różnicy pomiędzy klasą VI (12-latkowie), a klasą VII (13-latkowie).

   No cóż? Czy wobec tego nie lepiej – tak jak my to postulujemy – te dwie ostatnie „zmężniałe” klasy – VII i VIII – przenieść jako dwie najmłodsze do Szkoły już Ponadpodstawowej?

   Wychowanie artystyczne jako wychowanie wiodące – dla dzieci. Wiele by o tym mówić.

   Przedmiot Język Polski – no to i recytacje, i dialogi, i małe oraz większe formy teatralne (teatrzyk szkolny).

   Przedmiot Religia – jak wyżej, podobnie, a przede wszystkiem śpiewanie naszych polskich jakże licznych i przebogatych pieśni kościelnych na czele z kolędami. We wszystkich typach szkół powinien by się rozpowszechniać zwyczaj, że oto nauczyciel dowolnego przedmiotu, na przykład w okresie Bożego Narodzenia (do 2 lutego) rozpoczyna swoją lekcję, ot tak, od prześpiewania chórem z uczniami jakiejś kolędy (zwłaszcza katecheta!), a w innym czasie innej pieśni, na przykład popularnej towarzyskiej, ludowej lub tradycyjnej żołnierskiej.

Przemijają dziesięciolecia „wolnej Polski” (tej „po roku 1989”), a my się wciąż pytamy: Co stoi jeszcze na przeszkodzie ku temu? Oczywiście, śpiewać gdy jest na to czas. Przed wytężającą klasówką raczej co innego powinno zajmować uwagę osób obecnych w lekcyjnej izbie.

   Przedmioty Plastyka i Muzyka: jak wyżej – ocean pomysłów i możliwości. Nauczyciele innych przedmiotów też znajdą pole do współpracy.

   Przedmiot Wychowanie Fizyczne – to może tam się wreszcie gromadnie zatańczy, lub na lekcji Muzyki, tę – cokolwiek by pod tym określeniem rozumieć – „jotę aragońską”.

   I tak dalej. Szkoła ma być właśnie Podstawowa, dająca ową podstawę funkcjonowania w Społeczeństwie, w Narodzie, w Kościele; czyli wypuszczająca absolwentów 12-latków możliwie rozgarniętych (to stare dobre polskie określenie), więc nie mających problemów z poprawnym komunikowaniem się „w realu” z innymi ludźmi, zwłaszcza zaś z rówieśnikami.

   Jak przejść ze Szkoły Podstawowej Sześcioletniej do Szkoły Ponadpodstawowej w ustroju 6+6?

   A jak to się działo wcześniej? Przed epoką „centralnej testomanii egzaminacyjnej”. Wszystko już było, naprawdę, wszystko już było! Wobec tego ów „egzamin ósmoklasisty” jawi się nam jako… zbędny. Ma być tak, że absolwent Szkoły Podstawowej (jego rodzice) może się ubiegać o przyjęcie do takiej Szkoły Ponadpodstawowej, do jakiej chce. Szkoła zaś Ponadpodstawowa może mieć – jak to bywało – swoje własne oczekiwania co do kandydatów do swojej pierwszej klasy, więc może ona – ale nie musi – przeprowadzić bądź to konkurs świadectw, bądź też własny egzamin wstępny, lub jedno i drugie w jakiejś praktycznej kombinacji.

   Nie porzucajmy też różnie różnym się kojarzącego pojęcia „rejonizacja”. W odniesieniu do Szkół Podstawowych „rejonizacja” sama się narzuca, także w dużych miastach. Bo były i takie czasy, że z wielkich blokowisk, gdzie, póki co, jeszcze nie pobudowano szkoły (kościoła też jeszcze nie, bo to był bezbożniczy PRL), małe dzieci wożone były przez rodziców niekiedy przez długie kwadranse do Podstawówek znajdujących się bliżej śródmieścia – bo innych wtedy nie było.

Sieć szkolna, najogólniej rzecz ujmując, powinna być taka, by zwłaszcza uczniowskie drogi z domu do Szkoły pozostawały jak najkrótsze; nauczycielskie i innych pracowników szkolnych także. No i jakość Szkół powinna być taka, by nie rozwijało się zjawisko dojeżdżania z domu do upragnionej Szkoły mijając po drodze kilka innych Szkół tego samego typu, postrzeganych – niekiedy słusznie – jako z pewnych względów gorsze.

Lecz takim uczniom-kandydatom, którzy upatrzyli sobie jakąś Szkołę Ponadpodstawową, do której gotowi są dzień w dzień dojeżdżać przez długie kwadranse, nie należy odmawiać. Niech sobie dojeżdżają, skoro tak bardzo chcą, aczkolwiek na własną (i rodziców) odpowiedzialność.

   Wydaje się, acz nie mamy co do tego pewności, że ruch zuchowy, czyli takie harcerstwo dla maluchów, już zanikł w Polsce XXI stulecia zupełnie. To wielka szkoda i niepokojący znak! Lecz i samo harcerstwo, to młodsze (Podstawówki) i to starsze (Ponadpodstawówki) też wydaje się być w zaniku, z wielu niekorzystnie skumulowanych powodów. To wielka szkoda i niepokojący znak! Wiele by o tym mówić, więc akurat tutaj rozpisywać się nie będziemy. Ten kryzys m.in. harcerstwa zbiega się u nas w czasie – zauważmy – ze spadkiem liczby chętnych (niektórzy mówią o spadku liczby powołań) do wstąpienia do stanu duchownego.

My powtarzamy, że wielki (aczkolwiek nie wyłączny) wpływ na zarówno upadek we wszystkich dziedzinach studiów wyższych w Polsce, jak i na brak kandydatów do kapłaństwa i do zakonów ma owo wprowadzenie i bardzo długie podtrzymywanie ustroju Szkoły Ponadpodstawowej 3+3. Jak widzimy, „mechaniczny” powrót do ustroju poprzedniego (8+4) wcale nie daje „mechanicznej” poprawy w tamtych dziedzinach. Życie społeczne toczy się swoimi prawami i nie tu jest miejsce na rozwijanie tych zagadnień.

   Wskażmy tylko pokrótce na zależność organizacji i działalności harcerskiej od ustroju szkolnego. Jak to się miało (i ma) w ustroju 8+4, pisaliśmy polemicznie w między innymi owej książeczce zatytułowanej „Ustrój szkolny 7+5 dla Polski” (Lublin 2019), przywołując autocytat („Starsi i młodsi”) z jeszcze ubiegłego wieku, więc z lat 90. XX stulecia.

   Dość zauważyć, że także ustrój 6+6 nie jest w omawianym tu zakresie idealny, skoro międzyszkolne „cięcie”, pomiędzy Podstawówką Sześcioletnią a Ponadpodstawówką następuje tu dla ludzi w wieku lat dopiero 12, a w Podstawówce Ośmioletniej z zuchów do (młodszych) harcerzy przechodzili, więc i na obóz harcerski (a już nie na kolonię zuchową) jechali już 10-latkowie, czyli absolwenci klasy już IV.

   Liczymy na to, że gdyby ktoś wziął się u nas za odbudowywanie (tzw. prawdziwego) harcerstwa – czego pragniemy! – to poradzi on sobie „jakoś” w każdym ustroju szkolnym dwudzielnym, czy to 7+5, czy 6+6, tak jak kiedyś radzono sobie „jakoś” w ustroju 8+4. Zabójczy dla harcerstwa i zuchów okazał się albowiem tamten aż trójdzielny ustrój 6+3+3 – prawdziwe organizacyjno-rekrutacyjne poszatkowanie-posiekanie, z którego się nie wydobyła najpewniej już żadna z tych funkcjonujących po roku 1989 kilku osobnych wszakże organizacji harcerskich (okołoharcerskich) w Polsce.

   Kończymy, pod rozwagę, mottem otwierającym wspomnianą książkę „Ustrój szkolny 7+5 dla Polski”:

   Dla lękliwych i uległych (to my dzisiaj!): 7+5

   Dla odważnych: 6+6

   Dla bardzo odważnych: 4+8.

Polecamy również: Dlaczego Izrael uznał niepodległość Somalilandu?

Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!