Jeszcze kilka lat temu wydawało się, że zielony komunizm zwycięży, a pogardzane przez eurokratów silniki wysokoprężne, odejdą w Europie do historii. Po aferze Dieselgate oraz zaostrzeniu norm emisji wielu producentów zapowiadało szybkie przejście na napędy elektryczne. Rzeczywistość rynkowa okazuje się jednak brutalna, a kolejne koncerny zaczynają ostrożnie wracać do diesla – czego przykładem jest decyzja grupy Stellantis.
Największy koncern samochodowy odpuszcza ekofanatyzm. Według informacji ujawnionych przez agencję Reuters i potwierdzonych przez firmę, koncern ponownie wprowadza silniki wysokoprężne do części modeli oferowanych w Europie. Diesel pojawi się m.in. w Oplu Astrze, Citroënie Berlingo czy Peugeocie Rifterze, a także pozostanie dostępny w wybranych modelach marek premium należących do grupy. Producent tłumaczy, że decyzja wynika przede wszystkim z realnego zapotrzebowania klientów oraz potrzeby poprawy wyników sprzedaży.
Zmiana strategii nie jest przypadkowa. Jeszcze niedawno Stellantis zakładał, że do 2030 roku sprzedaż w Europie będzie w całości oparta na samochodach elektrycznych. Tymczasem popyt na „elektryki” rośnie wolniej od prognoz, a wysokie ceny i ograniczona infrastruktura wciąż zniechęcają wielu kierowców. Diesel – tańszy w zakupie i oferujący duży zasięg – pozostaje dla części klientów bardziej racjonalnym wyborem, zwłaszcza w segmencie aut rodzinnych i użytkowych.
Warto też zauważyć, że decyzja Stellantisa wpisuje się w szerszy trend korekty strategii w branży motoryzacyjnej. Producenci coraz częściej podkreślają, że transformacja energetyczna nie może być oderwana od realiów rynku. Sprzedaż diesli w Europie spadła do około 7,7 proc. nowych aut, ale jednocześnie samochody elektryczne nadal nie zdominowały rynku – ich udział wynosi niespełna jedną piątą.
Nie bez znaczenia jest również konkurencja z Chin, które koncentrują się głównie na elektromobilności. Utrzymanie diesla w ofercie może więc stanowić dla europejskich marek sposób na zachowanie przewagi w segmentach, gdzie producenci z Azji nie są jeszcze silni.
Powrót silników wysokoprężnych nie oznacza oczywiście końca elektryfikacji. Zaczadzeni eurokraci tak łatwo wszak nie odpuszczą. Bardziej przypomina to drobną zmianę narracji: zamiast jedynie słusznego, odgórnie narzuconego kierunku, pojawiło się podejście wielotorowe, w którym producenci starają się na powrót dopasowywać technologię do potrzeb klientów i możliwości rynku. W praktyce oznacza to, że diesel – mimo wcześniejszych prognoz o jego rychłym końcu – nadal pozostaje ważnym elementem motoryzacyjnej układanki. Przynajmniej dopóki nie zostanie po prostu zakazany decyzją Brukseli.
Polecamy również: Skandal w Holandii: celowo zawyżano pomiary temperatury
Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!





