W ostatnich latach władze wielu europejskich miast – w tym Warszawy – intensywnie inwestowały w pseudoekologiczny transport elektryczny. Zgodnie z założeniami polityki klimatycznej część autobusów komunikacji miejskiej powinna zostać zastąpiona pojazdami bezemisyjnymi (docelowo – wszystkie). Pojawiły się jednak pytania, czy takie decyzje są racjonalne z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa. Symulacje i analizy dotyczące ewakuacji ludności stolicy wykazały bowiem, że nadmierne uzależnienie transportu od autobusów elektrycznych może poważnie utrudnić działania w sytuacji kryzysowej.
Katastrofa zielonego komunizmu w Warszawie. Według informacji medialnych przeprowadzona niedawno symulacja ewakuacji Warszawy wykazała poważne problemy logistyczne. W scenariuszu wojennym istotną przeszkodą miała okazać się rosnąca liczba autobusów elektrycznych w miejskim taborze. Ograniczony zasięg takich pojazdów oraz konieczność ładowania baterii znacząco utrudniły transport dużej liczby ludzi na większe odległości.
Eksperci zwracają uwagę, że w sytuacji kryzysowej, kluczowa jest mobilność i niezależność od infrastruktury energetycznej. Jak zauważono w analizach dotyczących zarządzania kryzysowego, autobus elektryczny w warunkach braku energii czy zniszczonej infrastruktury może szybko stracić swoją użyteczność, ponieważ wymaga regularnego ładowania. W praktyce oznacza to, że w razie wojny lub poważnego kryzysu energetycznego część miejskiej floty transportowej mogłaby okazać się niezdolna do działania.
O dziwo władze Warszawy dostrzegły ten problem. W związku z wynikami symulacji ogłoszono przetarg na zakup około 120 autobusów spalinowych, które mają pełnić także funkcję pojazdów ewakuacyjnych. Decyzja ta pokazuje oczywistą sprzeczność w dotychczasowej polityce transportowej miasta. Z jednej strony jego władze inwestują w kolejne autobusy elektryczne i rozwijają tzw. „zielony transport”, z drugiej – muszą kupować pojazdy z klasycznym napędem, aby zapewnić podstawowe bezpieczeństwo mieszkańców w sytuacjach nadzwyczajnych.
Zgodnie z doktryną eurokomunizmu, rozwój elektromobilności jest przedstawiany jako nieunikniony element transformacji energetycznej. Programy unijne oraz krajowe strategie zakładają stopniowe zastępowanie autobusów spalinowych pojazdami elektrycznymi. Problem polega jednak na tym, że tego rodzaju polityka bywa realizowana w sposób ideologiczny, bez pełnej analizy konsekwencji dla bezpieczeństwa państwa.
W przypadku dużych miast – takich jak Warszawa – komunikacja publiczna jest nie tylko usługą dla mieszkańców, lecz także elementem infrastruktury krytycznej. To właśnie autobusami, pociągami czy tramwajami można w krótkim czasie przemieszczać setki tysięcy ludzi.
Jeżeli znacząca część floty uzależniona jest od dostaw energii elektrycznej i rozbudowanej infrastruktury ładowania, system transportowy staje się bardziej podatny na awarie i inne trudności, typowe dla działań wojenne. Wystarczy przerwanie dostaw prądu albo zniszczenie kilku kluczowych stacji ładowania, aby wiele pojazdów zostało unieruchomionych.
Zielony komunizm to ideologia, która przedkłada abstrakcyjne cele redukcji emisji CO2 nad realne potrzeby społeczeństwa i bezpieczeństwa państwa. W ocenie jego przeciwników, transport publiczny powinien przede wszystkim zapewniać mobilność w każdych warunkach, także podczas kryzysu lub wojny. Z kolei całkowite uzależnienie systemu transportowego od napędu elektrycznego niesie ze sobą poważne ryzyko.
NASZ KOMENTARZ: Jesteśmy szczerze zszokowani, że choć władze Warszawy oficjalnie wciąż kłaniają się ideologii klimatycznej, mimo wszystko poszły po rozum do głowy i zamówiły nowe autobusy spalinowe, nie elektryczne zabawki, dobre wyłącznie na czas pokojowej sielanki.
Polecamy również: Niemiecka skrajna lewica domaga się obowiązkowej nauki islamu w szkołach
Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!





