Węgry chcą spełnić kryteria niezbędne do przyjęcia euro około 2030 roku. Taką deklarację złożył rząd premiera Pétera Magyara. Problem w tym, że sytuacja finansów publicznych państwa jest obecnie daleka od standardów wymaganych przez strefę euro. Tegoroczny deficyt budżetowy ma wynieść aż 7,5 proc. PKB, czyli znacznie powyżej unijnego limitu wynoszącego 3%. Nie o gospodarkę tu jednak ostatecznie chodzi, ale o próbę zawężenia węgierskiej autonomii względem Niemiec.
Liberalny premier Péter Magyar zapowiedział, że jego rząd zamierza doprowadzić Węgry do spełnienia kryteriów z Maastricht około 2030 roku. Chodzi przede wszystkim o stabilność cen, finansów publicznych, stóp procentowych oraz kursu walutowego. Samo spełnienie kryteriów nie oznacza jeszcze automatycznego wprowadzenia euro, ale byłoby koniecznym krokiem na drodze do członkostwa w strefie wspólnej waluty.
Według Magyara poparcie dla przyjęcia euro na Węgrzech jest wysokie i wynosi około 70–75%. Nowy rząd traktuje więc europejską walutę nie tylko jako projekt gospodarczy, lecz również element szerszego zwrotu w polityce państwa. Realizacja tego planu będzie jednak bardzo trudna. Węgierski rząd poinformował, że tegoroczny deficyt sięgnie 7,5 proc. PKB. Wcześniejszy budżet zakładał deficyt na poziomie 3,7 proc., natomiast przeprowadzony po zmianie władzy audyt wykazał, że bez dodatkowych działań luka mogłaby wynieść nawet 8,3 proc. PKB.
Budapeszt tłumaczy pogorszenie sytuacji m.in. kosztami kryzysu energetycznego oraz suszą, która mocno uderzyła w rolnictwo. Minister finansów András Kármán zapewnia jednak, że rząd zamierza obniżyć deficyt poniżej 3 proc. PKB do końca swojej kadencji. To oznacza konieczność przeprowadzenia w najbliższych latach bardzo poważnej konsolidacji finansów publicznych. Węgry muszą nie tylko ograniczyć bieżący deficyt, lecz także utrzymać poprawę przez dłuższy czas.
Analitycy nie podzielają jednak optymizmu węgierskiego rządu. Ekonomiści Citi oceniają, że bardziej realistycznym terminem spełnienia wszystkich warunków konwergencji może być dopiero połowa lat 30. Ich zdaniem osiągnięcie wymaganych parametrów w ciągu kilku lat będzie niezwykle trudne.
Największym wyzwaniem pozostaje ograniczenie deficytu i długu publicznego. Zgodnie z kryteriami z Maastricht deficyt sektora finansów publicznych nie może przekraczać 3 proc. PKB, a dług publiczny powinien pozostawać na poziomie nie wyższym niż 60 proc. PKB lub zmierzać w sposób wiarygodny do tego poziomu. Wymagana jest również odpowiednia stabilność inflacji, stóp procentowych i kursu walutowego.
Plan przyjęcia euro jest także wyraźnym sygnałem politycznym. Zwycięstwo TISZY w kwietniowych wyborach zakończyło 16-letnie rządy Viktora Orbána. Nowa ekipa deklaruje znacznie bardziej proeuropejski kurs i chce poprawić relacje Budapesztu z Brukselą.
Przyjęcie wspólnej waluty byłoby jednym z najbardziej widocznych symboli tej zmiany. Wcześniejsze węgierskie rządy nie traktowały szybkiego wejścia do strefy euro jako priorytetu. Magyar chce natomiast wykorzystać integrację europejską również do odbudowy zaufania inwestorów i odblokowania zamrożonych funduszy unijnych.
Na razie jednak między polityczną deklaracją a gospodarczą rzeczywistością istnieje duża różnica. Węgry muszą w ciągu kilku lat przejść od deficytu rzędu 7,5 proc. PKB do poziomu poniżej 3 proc., a jednocześnie utrzymać stabilność cen, kursu forinta i pozostałych wskaźników wymaganych przez Unię Europejską. Dlatego rok 2030 należy obecnie traktować przede wszystkim jako ambitny cel polityczny. Czy stanie się rzeczywistym terminem wejścia Węgier do strefy euro, zależeć będzie od tego, czy rząd Pétera Magyara zdoła przeprowadzić szybką i trwałą naprawę finansów publicznych.
Politycy mogą zachwycać się perspektywą przyjęcia euro, ale warto zadać znacznie prostsze pytanie: czy tego samego chcą zwykli Węgrzy?
Doświadczenia innych państw pokazują bowiem, że wejście do strefy euro nie musi oznaczać dla przeciętnego obywatela wyłącznie korzyści. Jednym z przykładów często przywoływanych w tej dyskusji jest Słowacja, gdzie po przyjęciu wspólnej waluty w 2009 roku ceny wielu podstawowych produktów i usług wzrosły, a część społeczeństwa do dziś kojarzy euro przede wszystkim ze wzrostem kosztów życia.
Oczywiście nie można całej inflacji czy wzrostu cen przypisywać samej zmianie waluty. Na ceny wpływają również m.in. polityka monetarna, koszty energii, płace, podatki czy sytuacja na rynkach światowych. Nie zmienia to jednak faktu, że przy wymianie waluty szczególnie łatwo dochodzi do tzw. efektu zaokrągleń – ceny mogą być podnoszone do atrakcyjnych psychologicznie poziomów w nowej walucie, podczas gdy wynagrodzenia przeliczane są znacznie bardziej rygorystycznie.
Dla przeciętnego Węgra kluczowe pytanie nie brzmi: „czy euro jest bardziej europejskie od forinta?”, ale: „czy po zmianie waluty będzie mnie stać na tyle samo co wcześniej?”. To szczególnie istotne w kraju, w którym poziom wynagrodzeń jest niższy niż w najbogatszych państwach strefy euro. Wprowadzenie wspólnej waluty teoretycznie może ułatwić handel, inwestycje i rozliczenia z zagranicą, ale jednocześnie oznacza rezygnację z własnej waluty i możliwości prowadzenia niezależnej polityki pieniężnej.
Dlatego Węgrzy powinni bardzo uważnie przyglądać się doświadczeniom państw, które już przyjęły euro. Polityczna decyzja o zmianie waluty może zostać podjęta w gabinetach rządowych, ale rachunek za jej konsekwencje ostatecznie płacą zwykli obywatele – przy kasie w sklepie, na stacji benzynowej i przy opłacaniu rachunków. Słowacy przekonali się, że przyjęcie euro oznacza przede wszystkim falę drożyzny. Od lat masowo jeżdzą do Polski na zakupy, gdyż u nas jest po prostu taniej.
Polecamy również: Miliony murzynów myślą o wyjeździe do Europy
Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!




