W Polsce pod rządami kliki Donalda Tuska nawet powódź może mieć swoich uprzywilejowanych beneficjentów. Zwykły człowiek po katastrofie może miesiącami walczyć o odszkodowanie, przedstawiać dokumenty, zdjęcia, rachunki i dowody poniesionych strat, natomiast kiedy do gry siadają partyjni bonzowie obozu rządzącego, nagle procedury potrafią nabrać zaskakującej elastyczności. Szczególnie interesująco robi się wtedy, gdy wśród beneficjentów znajduje się firma należąca do męża działaczki Koalicji Obywatelskiej.
Tuskowcy rozkradli pomoc dla powodzian. Bulwersujący proceder ujawniła Wirtualna Polska, analizując pożyczki powodziowe rozdysponowane przez Karkonoską Agencję Rozwoju Regionalnego, instytucję niemal w całości należącą do samorządu województwa dolnośląskiego. Od lutego 2025 roku jej wiceprezeską jest Anna Konieczyńska, związana z Koalicją Obywatelską. Firma jej męża, prowadzącego pensjonat w Dziwiszowie, otrzymała 200 tys. zł, czyli maksymalną kwotę przewidzianą w jednym z programów pomocowych.
I tutaj zaczyna się część szczególnie interesująca. Zaświadczenie dotyczące szkód powodziowych zostało uzyskane dopiero dziewięć miesięcy po powodzi. Sama gmina przyznała później, że nie posiadała niezależnego dowodu, który pozwalałby jednoznacznie potwierdzić, że wskazane uszkodzenia rzeczywiście powstały w wyniku powodzi. Trudno nie zadać pytania, czy w systemie, który miał pomagać ludziom dotkniętym kataklizmem, naprawdę wystarczyło tak niewiele, aby wypłacić maksymalną kwotę.
Okazuje się, że 200 tysięcy złotych to dopiero początek. Oto bowiem należąca do sąsiadów spółka Kadalore otrzymała łącznie aż 3,2 mln zł. Pieniądze miały być związane ze szkodami w sali zabaw dla dzieci. Problem polega na tym, że według ustaleń WP nie znaleziono śladów wskazujących na to, aby sala ta kiedykolwiek została otwarta. Mało tego, pierwsza pożyczka w wysokości 200 tys. zł została przez KARR umorzona aż w 75 procentach.
Mamy tu zatem sytuację, w której publiczne pieniądze przeznaczone na pomoc po katastrofie płyną szerokim strumieniem, a jednocześnie pojawiają się pytania, czy miejsce, którego rzekome zalanie miało uzasadniać pomoc, w ogóle funkcjonowało tak, jak przedstawiano to we wnioskach. W normalnym państwie powinno to uruchomić alarm na wszystkich szczeblach kontroli. W państwie, w którym partyjne układy i polityczne znajomości od lat budzą ogromne emocje, natychmiast rodzi się natomiast pytanie, kto komu i dlaczego tak chętnie rozdaje cudze pieniądze.
Trzeci beneficjent, firma Dami, otrzymał ponad 1,12 mln zł. Tym razem również pojawiają się poważne wątpliwości. Państwowa Straż Pożarna nie odnotowała pod wskazanym adresem zgłoszenia dotyczącego powodzi, a analiza dostępnych danych satelitarnych nie wykazała tam obecności wody powodziowej. Weryfikowano między innymi dane PSP, Wód Polskich, systemu Copernicus oraz dane firmy ICEYE.
Co najważniejsze, według opisanych przez WP ustaleń żaden z analizowanych budynków nie został wykazany na dostępnych zobrazowaniach jako zalany wodą powodziową.
Jeżeli państwo dysponuje systemami satelitarnymi, danymi straży pożarnej, informacjami Wód Polskich i innymi narzędziami pozwalającymi weryfikować skalę katastrofy, to dlaczego przy rozdysponowywaniu milionów złotych nie zastosowano ich wcześniej i skuteczniej? Dlaczego później okazuje się, że w przypadku niektórych beneficjentów istnieją poważne rozbieżności pomiędzy deklarowanymi szkodami a dostępnymi danymi?
Politycy bardzo chętnie mówią o pomocy dla zwykłych ludzi. Pięknie brzmią konferencje, zdjęcia w terenie i zapewnienia, że państwo nie zostawi nikogo bez pomocy. Gorzej, kiedy trzeba odpowiedzieć na pytanie, czy publiczne pieniądze rzeczywiście trafiają tam, gdzie powinny. Bo jeśli okazuje się, że miliony złotych otrzymują trzy firmy z jednej miejscowości, a w przypadku części z nich pojawiają się istotne wątpliwości dotyczące potwierdzenia szkód, to nie wystarczy wzruszyć ramionami i powiedzieć: „procedury zostały zachowane”.
Tak właśnie wyglądałaby groteskowa wersja państwa zbudowanego przez partyjnych oligarchów: dla obywatela formularz, kolejka i kontrola każdego grosza, dla swoich – szybka ścieżka, korzystne decyzje i miliony z publicznej kasy. Oczywiście jest to na razie obraz podejrzeń i wątpliwości, a nie prawomocnie udowodnionej afery. Ale jeżeli nawet połowa opisanych okoliczności się potwierdzi, będzie to kompromitujący przykład tego, jak łatwo system pomocy może zostać wypaczony.
Sprawą zainteresowało się już Ministerstwo Rozwoju i Technologii, które zażądało od samorządów informacji dotyczących beneficjentów oraz sposobu potwierdzania szkód. Program pożyczek KARR kontroluje także Centralne Biuro Antykorupcyjne. To dobrze, bo publiczne pieniądze nie są własnością Tuska, jego ministrów, marszałków województw ani lokalnych, partyjnych bonzów. To pieniądze podatników, również tych ludzi, którzy po powodzi sami musieli odbudowywać swoje domy i firmy.
Odpowiedzialność za te przywłaszczenia powinna być bezwzględna – niezależnie od tego, czy beneficjent jest związany z KO, PiS-em, PSL-em czy jakąkolwiek inną partią. Niestety, państwo POPiS wciąż działa według zasady: „dla swoich zawsze coś się znajdzie”. Publiczna kasa wciąż traktowana jest jak partyjny bankomat, a dyzmokratyczne wybory służą tylko temu, aby zaspokoić kolejną bandę złodziei, która dorwie się do koryta.
Pelecamy również: System kaucyjny do kosza? Polacy płacą, inni korzystają
Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!




