Głośne zdjęcie przez władze Lublina ukraińskiej agitki z budynku ratusza to znacznie więcej niż lokalne posunięcie samorządu. To symboliczny koniec pewnej epoki — epoki politycznej histerii, medialnej cenzury i bezrefleksyjnego podejścia do wszystkiego, co ukraińskie. Przez cztery lata polskiemu społeczeństwu tłumaczono, że nie wolno zadawać pytań, nie wolno przypominać historii i nie wolno krytykować władz w Kijowie, bo każda taka uwaga rzekomo pomaga Kremlowi. Rzeczywistość brutalnie zweryfikowała tę propagandową bańkę.
Flagi spadają, a wraz z nimi polityczna fikcja. Powód decyzji Lublina jest jednoznaczny – władze miasta otwarcie przyznały, że zdjęcie ukraińskiej agitki było reakcją na decyzję Wołodymyra Zełenskiego o uhonorowaniu jednostki wojskowej nazwą „Bohaterów UPA”. Ratusz stwierdził, że gloryfikacja formacji odpowiedzialnych za zbrodnie na ludności cywilnej godzi w pamięć historyczną Polaków i utrudnia uczciwy dialog między narodami.
Nagle okazało się zatem, że to, co jeszcze niedawno przedstawiano jako „ruską narrację”, „mowę nienawiści” albo „antyukraińskie uprzedzenia”, stało się oficjalnym stanowiskiem polskich instytucji. Nagle można już mówić o UPA i przypominać Wołyń. Nagle można też zauważać, że stawianie pomników ukronazistom, takim jak Stepan Bandera, nie jest przejawem europejskich standardów pamięci historycznej.
Przez długie cztery lata większość polskojęzycznych elit politycznych zachowywała się tak, jakby podstawowym obowiązkiem polskiego państwa było nie reprezentowanie interesów własnych obywateli, lecz pilnowanie dobrego samopoczucia ukraińskich szowinistów. Każdy, kto przypominał o ludobójstwie wołyńskim, słyszał wykład o „niewłaściwym momencie”. Potem był kolejny niewłaściwy moment. I kolejny. I jeszcze jeden. O pamięci historycznej można było mówić zawsze później, ale nigdy teraz. W tym samym czasie, na Ukrainie spokojnie i konsekwentnie rósł państwowy kult banderowskich zbrodniarzy.
Szczególnie groteskowo wyglądały próby przekonywania Polaków, że gloryfikacja hitlerowskich kolaborantów i zbrodniarzy jest w gruncie rzeczy nieistotnym detalem, lokalnym folklorem albo nieporozumieniem wynikającym z różnic kulturowych. Trudno jednak uznać za folklor sytuację, w której państwo aspirujące do Unii Europejskiej honoruje formacje odpowiedzialne za masowe mordy na ludności cywilnej. Trudno też udawać, że problem nie istnieje, gdy kolejne ulice, pomniki i uroczystości publiczne odwołują się do tradycji OUN-UPA.
Największą kompromitacją nie jest jednak sama polityka historyczna Ukrainy. Ukraina od lat jasno pokazuje, jaką narrację historyczną buduje. Prawdziwy problem polega na tym, że wielu polskich polityków i komentatorów przez lata próbowało wmówić własnemu społeczeństwu, że tego nie ma. W efekcie zamiast poważnej debaty mieliśmy festiwal moralnego szantażu, w którym każdą krytykę banderyzmu przedstawiano jako akt zdrady i podejrzenia o rosyjską działalność agenturalną.
Teraz ten mechanizm zaczyna się sypać. Skoro nawet samorządy otwarcie protestują przeciw gloryfikacji UPA, skoro podobne stanowisko zajmują przedstawiciele Kancelarii Prezydenta RP, skoro z budynków publicznych znikają symbole mające być wyrazem bezwarunkowego poparcia, to znaczy, że coś pękło.
Nie oznacza to końca współpracy polsko-ukraińskiej. Oznacza natomiast koniec okresu, w którym od Polaków oczekiwano politycznej amnezji pod moralnym szantażem. Nie można budować trwałego partnerstwa na fundamencie przemilczeń, półprawd i historycznych uników. Nie można jednocześnie mówić o europejskich wartościach i oddawać honory hitlerowskim formacjom, odpowiedzialnym za rzezie cywilów.
Zdjęta flaga w Lublinie nie jest najważniejszym wydarzeniem sama w sobie. Jest symbolem zmiany nastrojów; symbolem momentu, w którym coraz więcej ludzi przestało udawać, że problem nie istnieje. To prawdziwy koniec epoki, w której prawda o banderyzmie miała siedzieć cicho, żeby przypadkiem nie zepsuć starannie wyreżyserowanej opowieści Pawła Kowala o relacjach polsko-ukraińskich.
Polecamy również: Alarmujące dane o in vitro. Zwiększa ryzyko chorób
Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!




