W Polsce znowu wydarzył się cud. Tym razem nie nad Wisłą, tylko w redakcjach i gabinetach — 17-latka została genialnym naukowcem, ikoną młodej nauki i dumą narodową. A przynajmniej tak wynikało z artykułów, nagród i odznaczeń. Problem w tym, że ten cud był jak całe nasze państwo z dykty — i wystarczyło lekkie dotknięcie, żeby się rozpadł.
17-latka wykiwała prezydenta i media głównego ścieku? Historia była idealna: Kornelia Wieczorek – młoda, zdolna, współpraca z zagranicą, przełomowe projekty. Brzmiało jak gotowy scenariusz do inspirującego materiału na niedzielę a jeszcze lepiej polską wersję filmu „Buntownik z wyboru”. I dokładnie tak została potraktowana — jako sawant-gotowiec. Nikt nie zaprzątał sobie głowy tak przyziemnymi rzeczami jak sprawdzenie publikacji, kontakt z instytucjami czy zwykłe „czy to się w ogóle spina”. Po co, skoro historia sama się niesie?
Media zrobiły to, co robią najlepiej: przepisały jedne od drugich, dodały kilka przymiotników i opublikowały. Jedna redakcja uwierzyła drugiej, druga trzeciej, aż w końcu wszyscy uwierzyli wszystkim. W pewnym momencie fakt, że coś zostało opublikowane, stał się dowodem, że jest prawdziwe. Klasyka gatunku: skoro wszyscy piszą, to przecież musi być prawda.
Na scenę weszło też państwo. Kancelaria Prezydenta, która — jak można wnioskować — uznała, że skoro coś dobrze wygląda w Internecie, to nadaje się na odznaczenie. W końcu po co weryfikacja, skoro jest narracja? Papier przyjmie wszystko, a order — jak widać — też. Trudno nie odnieść wrażenia, że procedura wyglądała mniej więcej tak: „brzmi dobrze, podpisujemy”. 10 marca br. prezydent Karol Nawrocki odznaczył Kornelię Wieczorek Srebrnym Krzyżem Zasługi „za wybitne osiągnięcia w dziedzinie wynalazczości, za aktywność naukową i społeczną”.
I tak oto 17-latka przeszła przez cały system jak przez otwarte drzwi. Media ją wyniosły, instytucje potwierdziły, państwo uhonorowało. Dopiero ktoś z zewnątrz zadał kilka banalnych pytań i nagle okazało się, że za „międzynarodową współpracą” nie stoi żadna współpraca, za „badaniami” nie stoją publikacje, a za „przełomami” — co najwyżej bardzo kreatywna interpretacja rzeczywistości i przypisywanie sobie osiąnieć innych osób lub zespołu.
Dwa tygodnie temu anonimowi internauci na Reddicie i Wykopie postanowili zweryfikować „osiągnięcia” Wieczorek. Posypało się jak domek z kart:
- Zero publikacji naukowych. Google Scholar, PubMed, DOI – nic. Żadnego wkładu autorskiego.
- Współpraca z Netherlands Institute for Neuroscience – w oficjalnej odpowiedzi mailowej instytut zaprzeczył, by Kornelia kiedykolwiek tam pracowała,
- „Praca w Cambridge” – nie chodzi o Uniwersytet w Cambridge, tylko o Cambridge Centre for International Research, prywatną firmę oferującą płatne programy edukacyjne dla młodzieży, której nazwa odsyła do miasta, nie uczelni,
- Nawóz Rhizobiotic, za który dostała laury – to projekt zespołowy, którego liderką była jej koleżanka Diana Serjant,
- Aplikacja do wykrywania raka skóry – pomysłodawcą był kolega Kornelii, Leon Krupa.
Podobne, krytyczne treści można znaleźć też na Facebooku.
Istotne w tym wszystkim nie jest nawet to, że ktoś coś podkoloryzował, albo nawet bezczelnie ukradł czyjeś osiągnięcie. Ludzie upiększają swoje sukcesy od zawsze i to żadna nowina. Naprawdę imponujące jest to, jak wiele instytucji, w których zarabia się potężne pieniądze, dało się w to wciągnąć bez najmniejszego oporu. Redakcje Time’a, Forbesa, NatGeo, TVP, Onetu, WP, Gazety Wyborczej, które zwykle lubią pouczać o standardach, nagle zapomniały, do czego służy weryfikacja. Z kolei Kancelaria Prezydenta, która rozdaje odznaczenia, najwyraźniej uznała, że za audyt wystarczy wyszukiwarka Google.
To nie była wyrafinowana operacja. Nie było tu żadnej skomplikowanej manipulacji, deepfake’ów ani zagranicznych służb. Wystarczyła dobra historia i system, który bardziej lubi ją powtarzać niż sprawdzać. Jeśli coś tu budzi podziw, to spryt 17-latki, która rzeczywiście okazała się wybitna – wyrolowała wszystkich napuszonych redaktorków i politycznych standuperów pokroju Zbigniwa Boguckiego z KPRP.
I może to jest najuczciwszy wniosek: problemem nie jest to, że ktoś spróbował sprzedać atrakcyjną wersję siebie. Problemem jest to, jak wielu chętnie ją kupiło — bez paragonu i bez sprawdzania, co właściwie znajduje się w środku.
Polecamy również: Niemcy wypłacą reparacje wojenne Włochom. Polacy nadal czekają
Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!





