Islam Świat Wiadomości Żydzi

Izrael łamie zawieszenie broni z Libanem i nadal niszczy wioski chrześcijan

Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!

Gdy kilka dni temu ogłoszono zawieszenie broni między Izraelem a Libanem, można było odnieść wrażenie, że historia Bliskiego Wschodu właśnie skręca w stronę czegoś przypominającego małą stabilizację. Naiwność bywa jednak piękna – zwłaszcza gdy zawieszenie broni trwa mniej więcej tyle, co cisza między kolejnymi eksplozjami. Wygląda na to, że pustynne plemiona nie mogą długo wytrzymać bez nowego łomotania się po głowach nowoczesnymi maczugami.

Izrael łamie zawieszenie broni z Libanem. Rozejm, który wszedł w życie nocą z 16 na 17 kwietnia, miał zatrzymać tygodnie intensywnych walk i nalotów. Mieszkańcy południowego Libanu zaczęli wracać do domów – albo raczej do tego, co z nich zostało: gruzu, spalonych ścian i resztek życia sprzed bombardowań. W teorii był to moment „oddechu”. W praktyce – raczej przerwa techniczna przed kolejną rundą. Bo jak się okazuje, zawieszenie broni w tym konflikcie działa trochę jak regulamin, którego nikt nie czyta, a wszyscy łamią.

Izrael, pod przywództwem zbrodniarza Benjamina Netanjahu, postanowił nie tracić czasu na zbędne niuanse. Mimo formalnego rozejmu, jego armii wydano rozkaz przeprowadzenia „energicznych” ataków na Hezbollah. I faktycznie – energia była. Naloty objęły co najmniej kilka miejscowości w południowym Libanie. Oficjalne uzasadnienie? Oczywiście „infrastruktura terrorystyczna”. Bo przecież jeśli coś zostaje zbombardowane, to zapewne było infrastrukturą terrorystyczną – nawet jeśli chwilę wcześniej ktoś próbował tam naprawić dach lub zorganizować Mszę Świętą.

Co ciekawe, decyzja o intensyfikacji działań zapadła zaledwie dwa dni po przedłużeniu rozejmu o kolejne trzy tygodnie. Trzeba przyznać – imponująca konsekwencja. Najpierw podpisujemy porozumienie, potem natychmiast sprawdzamy, jak szybko da się je podważyć.

Oczywiście, dla zachowania równowagi narracyjnej, należy dodać, że Hezbollah również nie pozostaje bierny. Ostrzały rakietowe, drony, zestrzelenia – wszystko to wpisuje się w standardowy repertuar „utrzymywania pokoju” w regionie. Obie strony zgodnie twierdzą, że to ta druga pierwsza złamała rozejm. W efekcie mamy klasyczną sytuację: wszyscy są niewinni, a bomby spadają na cywilów niczym przelotny deszczyk.

Problem polega na tym, że zawieszenie broni w tej wersji zaczyna przypominać bardziej sugestię niż zobowiązanie. Hezbollah twierdzi, że izraelska obecność wojskowa i działania ofensywne same w sobie naruszają warunki porozumienia. Izrael z kolei argumentuje, że odpowiada na prowokacje i musi chronić swoich obywateli. Logika obu stron jest więc bez zarzutu – przynajmniej jeśli uznać, że rozejm polega na tym, by kontynuować walki, tylko z lepszym PR-em.

W tym wszystkim najłatwiej zapomnieć o tych, którzy w teorii mieli najbardziej skorzystać na zawieszeniu broni – cywilach. Ewakuacje, ostrzeżenia o nadchodzących atakach, kolejne ofiary i zniszczenia – to codzienność południowego Libanu. Cała sytuacja pokazuje jedną, dość niewygodną prawdę: zawieszenie broni w tym konflikcie nie jest końcem walk, lecz ich nową formą. Bardziej dyplomatyczną w komunikatach, ale równie brutalną w skutkach.

I tak oto mamy rozejm, który trwa – formalnie. W praktyce zaś funkcjonuje jako coś pomiędzy iluzją a żartem. Niezbyt śmiesznym, ale konsekwentnie powtarzanym. Bo przecież na Bliskim Wschodzie pokój zawsze jest blisko. Wystarczy tylko nie patrzeć na to, co realnie dzieje się w terenie. Albo inaczej – przyjąć do wiadomości, że mieszkające tam, dzikie plemiona syjonistów i islamistów nie mogą wytrzymać bez ciągłej walki ze sobą. Tylko lokalnych chrześcijan szkoda, gdyż są ofiarami obu stron.

Polecamy również: Z frontu na sprzedaż: kulisy „pomocy” Ukrainie

Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!