Gospodarka Polska Wiadomości

Rząd Tuska uderzył biurokracją w pasieki

Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!

W Polsce od lat mówi się o konieczności ochrony pszczół. To one odpowiadają za zapylanie ogromnej części upraw i dzikiej roślinności, stanowiąc fundament całego ekosystemu. Bez nich nie ma stabilnego rolnictwa, nie ma bioróżnorodności, a w dłuższej perspektywie – nie ma bezpieczeństwa żywnościowego. Tym bardziej niezrozumiałe jest, że zamiast realnego wsparcia, państwo Tuska dokłada pszczelarzom kolejne obowiązki biurokratyczne, przez co liczba pasiek znów zmaleje.

Rząd Tuska uderzył biurokracją w pasieki. 18 marca 2026 roku w życie weszły przepisy, które nakładają obowiązek rejestracji każdej pasieki – bez żadnych wyjątków. Dotyczy to nie tylko dużych producentów miodu, ale również osób posiadających jeden ul w ogrodzie czy na działce. Brak rejestracji oznacza jednoznaczne naruszenie prawa.

Nowe regulacje kończą wszelkie wcześniejsze wątpliwości interpretacyjne. Każdy właściciel pszczół musi zgłosić pasiekę do powiatowego lekarza weterynarii, przekazać jej lokalizację i liczbę uli, a następnie aktualizować te dane dwa razy w roku. Nie ma znaczenia skala działalności – przepisy obejmują zarówno zawodowych pszczelarzy, jak i amatorów. Nawet jeden ul oznacza wejście w system ewidencji państwowej.

W teorii to „tylko formalność”. W praktyce to kolejny obowiązek, który dla wielu osób stanie się barierą nie do przejścia. Uzasadnienie zmian jest typowe: „porządkowanie systemu” i „dostosowanie do prawa UE”. Jednocześnie jednak nowe przepisy wprowadzają zaskakującą sprzeczność – zniesiono ustawowy obowiązek zwalczania zgnilca amerykańskiego, jednej z najgroźniejszych chorób pszczół.

Innymi słowy: państwo chce wiedzieć o każdej pasiece, ale jednocześnie wycofuje się z twardych narzędzi walki z realnym zagrożeniem dla całej populacji pszczół. To pokazuje, że mamy do czynienia nie tyle z troską o ekosystem, ile z rozszerzaniem kontroli administracyjnej.

Najbardziej ucierpią najmniejsi – pasjonaci, działkowcy, osoby prowadzące kilka uli „dla siebie”. To właśnie ta grupa przez lata budowała kulturę pszczelarstwa w Polsce i realnie wspierała lokalne ekosystemy. Dziś staje przed wyborem: wejść w biurokratyczny system, albo zrezygnować z pasieki. Wielu wybierze tę drugą opcję, dając sobie spokój z działalnością, która obciąża ich kolejnymi obowiązkami. Efekt? Spadek liczby małych pasiek, a więc również spadek liczby zapylaczy – dokładnie odwrotny do deklarowanych celów polityki środowiskowej.

Prowadzenie pasieki powinno być działalnością szczególnie wspieraną. Państwo powinno upraszczać procedury, oferować zachęty i realne wsparcie, a nie traktować pszczelarzy jak kolejny segment do ewidencjonowania. Pszczelarstwo to nie tylko jedna z wielu gałęzi produkcji – to element infrastruktury biologicznej kraju. Jej znaczenie wykracza daleko poza sprzedaż miodu czy prawa rządzące gospodarką rynkową. Chodzi o stabilność ekosystemu. Tymczasem kierunek zmian wyznaczony przez rząd Tuska jest jasny: więcej obowiązków, więcej raportowania, więcej kontroli.

Nowe przepisy są kolejnym przykładem zjawiska, które można nazwać wprost: biurokratyczny zamordyzm. Zamiast wspierać działania korzystne dla środowiska, państwo je komplikuje. Pełna ewidencja pasiek może wyglądać dobrze na papierze, ale rzeczywistość jest prostsza: im więcej formalności, tym mniej ludzi będzie chciało się w to angażować. A w przypadku pszczół oznacza to jedno – wszyscy na tym stracimy.

Polecamy również: Państwo Kościelne „balastem katolicyzmu”? Robert Winnicki przeciw bł. Piusowi IX

Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!