Polskie hutnictwo, w wyniku sztucznie wywindowanych cen energii elektrycznej, znalazło się pod silną presją konkurencyjną. Najnowsze doniesienia o rosnącym napływie tańszej stali z Niemiec rozgrzewają debatę o bezpieczeństwie gospodarczym kraju. Według informacji medialnych niemieccy dostawcy oferują produkty wyraźnie tańsze niż krajowe, co dla wielu hut oznacza walkę o przetrwanie. Problem nie dotyczy jedynie rynku, lecz także polityki – wszystko bowiem wskazuje, że rząd Donalda Tuska w ogóle nie interesuje się tym problemem.
Po rozgromieniu cukrownictwa i innych branż, Niemcy niszczą polski przemysł stalowy. Z danych branżowych wynika, że różnice cenowe między naszymi i niemieckimi towarami z tego sektora, są znaczące. W styczniu niemieckie pręty żebrowane trafiały do Polski po około 2,4 tys. zł za tonę, podczas gdy krajowe kosztowały ok. 2,65 tys. zł. Import miał sięgać nawet 40 tys. ton miesięcznie, czyli więcej niż wcześniej sprowadzano z Ukrainy. Również blachy gorącowalcowane zza Odry bywają tańsze o kilka procent, co przy dużych wolumenach staje się kluczową przewagą konkurencyjną.
Hutnicy wskazują przede wszystkim na koszty energii elektrycznej. Polska produkcja stali pozostaje silnie energochłonna, a ceny prądu często przekraczają poziomy umożliwiające skuteczną rywalizację z zachodnimi producentami. Przemysł apeluje o maksymalną cenę energii i szybkie wsparcie systemowe, jednak – jak podkreślają przedstawiciele branży – działania administracji ograniczają się głównie do analiz i zapowiedzi.
Sytuacja ta wpisuje się w szerszy trend osłabienia polskiego hutnictwa. Produkcja stali w kraju w ostatnich latach spadała, a przedsiębiorstwa ograniczały moce wytwórcze z powodu rosnących kosztów i słabego popytu. Jednocześnie europejski rynek doświadcza presji tanich dostaw, co zmusza zakłady do cięcia produkcji lub restrukturyzacji.
Krytycy rządu twierdzą, że Polska staje się rynkiem zbytu dla silniejszych gospodarek, zamiast aktywnie chronić własny przemysł. Wskazują, że Berlin – mimo własnych problemów z produkcją stali – wciąż utrzymuje przewagę kosztową, a Warszawa nie wykorzystuje narzędzi polityki gospodarczej, aby wyrównać warunki konkurencji. Tymczasem dane handlowe pokazują rosnącą dynamikę importu i pogarszający się bilans handlowy, co może świadczyć o strukturalnym osłabieniu krajowej produkcji.
W przestrzeni publicznej pojawiają się również głosy pracowników branży i związków zawodowych, którzy oskarżają władze o brak realnej obrony przemysłu przed skutkami polityk klimatycznych i presji konkurencyjnej. Podczas protestów hutnicy podkreślali, że sektor energochłonny jest szczególnie narażony na regulacje unijne i rosnące koszty transformacji, a rząd – ich zdaniem – nie wykorzystuje możliwości negocjacyjnych w Brukseli.
Obóz rządowy podkreśla co prawda działania restrukturyzacyjne w sektorze surowcowym, jak plan zmian w JSW, jednak krytycy wskazują, że to reakcje spóźnione i dotyczące raczej gaszenia pożarów niż budowania długofalowej strategii przemysłowej.
W efekcie narasta pytanie o kierunek polityki gospodarczej Polski. Czy kraj ma ambicję utrzymać własny przemysł ciężki, czy raczej pogodzi się z rolą odbiorcy tańszych produktów z Zachodu? Bez zdecydowanych działań – od stabilizacji cen energii po aktywną politykę handlową – polskie huty mogą znaleźć się w sytuacji, w której konkurencja z niemieckimi producentami stanie się nierówna strukturalnie, a nie tylko cyklicznie.
Dzisiejsza sytuacja stalowego rynku jest więc czymś więcej niż branżowym sporem o ceny. To test zdolności państwa do ochrony strategicznych sektorów gospodarki. Jeśli rząd ograniczy się jedynie do obserwacji i deklaracji, co służy wyłącznie Niemcom, konsekwencją będzie trwała utrata kompetencji przemysłowych, których odbudowa w przyszłości okaże się znacznie trudniejsza niż ich obrona dziś. I chyba o to w tym chodzi.
Polecamy również: Brytyjska agencja fałszowała dane meteo, by zadowolić lobby klimatyczne
Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!





