Świat Wiadomości

Afera Epsteina to nie temat zastępczy

Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!

Sprawa Jeffrey’a Epsteina bywa dziś przedstawiana jako medialna sensacja: odrażająca, ale marginalna patologia bogaczy. Taka narracja jest wygodna – pozwala uznać całość za wybryk jednostki i zamknąć temat. Problem w tym, że przy chłodnej analizie ta wersja wydarzeń przestaje być wiarygodna.

Afera Epsteina to nie temat zastępczy. Przez niemal trzy dekady Epstein utrzymywał intensywne relacje z byłymi prezydentami USA, rodzinami królewskimi, miliarderami z Doliny Krzemowej i elitą akademicką. Założenie, że w tym czasie globalne agencje wywiadowcze – Central Intelligence Agency, MI6 czy Mosad – „nie zauważyły” postaci obracającej setkami milionów dolarów i handlującej nieletnimi, graniczy z absurdem. Statystycznie jest to niemal niemożliwe.

Tę intuicję wprost formułuje Eric Weinstein, były dyrektor w Thiel Capital. Jego zdaniem Epstein nie był zwykłym dewiantem, lecz „sztucznym tworem” – aktywem stworzonym lub przejętym przez służby. Miał pełnić rolę „żywej przynęty”: narzędzia do gromadzenia kompromitujących materiałów na kluczowe postacie świata polityki, nauki i finansów. Seks – szczególnie w formie moralnie jednoznacznie odrażającej – jest w takim układzie idealnym kompromatem.

Nie chodzi przy tym o to, że wszyscy goście Epsteina dopuszczali się przestępstw. Wystarczała obecność: lot „Lolita Express”, pobyt na prywatnej wyspie, bycie świadkiem sytuacji, których nie da się zgłosić bez autodestrukcji. Od tej chwili mechanizm nacisku działał sam. Senator głosuje „rozsądnie”, naukowiec dzieli się wynikami badań o potencjale militarnym, a miliarder finansuje projekty, które nigdy nie przejdą przez jawne komitety etyczne.

Takie metody nie są niczym nowym. W systemach autorytarnych, jak Chińska Republika Ludowa, kontrola elit jest jawna i brutalna. W demokracjach liberalnych musi być subtelniejsza, spersonalizowana i przykryta fasadą wolności. Kompromat pełni tu funkcję cichego regulatora.

Obrzydzenie, jakie naturalnie budzą zbrodnie Epsteina, działa – jak zauważa Weinstein – jak psychologiczny parawan. Skupiamy się na seksie, a nie na przepływach finansowych i sieciach wpływu. Tymczasem to tam handlowano realną władzą. Wielu naukowców weszło w ten układ dobrowolnie, kuszonych szybkim dostępem do kapitału i prestiżu. Gdy orientowali się, w co wdepnęli, uruchamiali mechanizmy racjonalizacji.

Przykłady są znane: Noam Chomsky utrzymywał kontakty z Epsteinem po jego wyroku z 2008 r., uznając, że sprawa została „rozliczona”. Robert Trivers publicznie go bronił, relatywizując jego czyny. To nie są postacie z marginesu, lecz filary akademickiego autorytetu.

Sprawa Epsteina nie jest więc tematem zastępczym. Jest oknem na to, jak w realnym świecie splatają się wywiad, nauka i pieniądz – oraz jak krucha bywa moralność elit, którym powierzamy zaufanie. Próba jej zamknięcia na poziomie „seks-skandalu” to kolejny etap maskowania mechanizmów władzy, które działają niezależnie od tego, czy chcemy w nie wierzyć.

Polecamy również: Rząd Tuska zamknął najlepszą porodówkę w Polsce

Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!