Marcin Drewicz: NIEPOSZANOWANIE DLA SAKRAMENTU MAŁŻEŃSTWA CZYLI LIST BISKUPÓW „O RODZINIE” Z OSTATNIEJ NIEDZIELI ROKU 2025, część druga.
Jakimże to wielomówstwem zasłania się w „Liście” pospolitą rzeczywistość grzechu: „związki”, ale i „sytuacje”, lecz i „relacje”, „nieregularne” (1, 3), które są ponadto… „różnego rodzaju” (2).
O czym właściwie jest tu mowa? Możemy się tylko domyślać i dociekać – jak byśmy nie mieli nic innego do roboty – jakie to tam jeszcze „różnego rodzaju” plugastwo owi zwracający się w tej sprawie do nas znienacka duszpasterze mają na myśli. Albowiem autorzy i sygnatariusze „Listu” rzeczy nie nazywają. My zakładamy, że w ich psycho-nowomowie pojęcie „nieregularny” znaczy tyle, co pozasakramentalny, czyli – patrz wyżej – grzeszny (sic!). Lecz wyraz „grzechy” w „Liście” występuje bodaj tylko jeden raz, w pobocznym kontekście.
Kiedy ostatnio słyszeliście kazanie o grzechu, w ogóle, jako takim? Kiedy o grzechach z dziedziny tu akurat omawianej? W kościele, w szkolnej izbie katechetycznej, w radio, w telewizji, w Internecie, kiedy czytaliście o tym i gdzie…?
Stulecia teologii, filozofii i filologii pracowały na to, aby – co jak co, ale – język wypowiedzi duszpasterskich mających w perspektywie… Rzeczy Ostateczne (patrz: Mały Katechizm) był maksymalnie precyzyjny, bez pozostawiania u słuchaczy-czytelników żadnych, ale to żadnych wątpliwości na temat poruszanych zagadnień. Autorzy i sygnatariusze „Listu Episkopatu”, nie po raz pierwszy, najwidoczniej rozmijają się z tamtym świętym duszpasterskim dorobkiem.
Więc my tu – u nich – czytamy o najogólniej mówiąc konkubinacie, z definicji grzesznym (!), lecz z nazwy nie przywoływanym (!), jako o „relacji” (3), którą „przenika prawdziwa (4) troska, głęboka więź i odpowiedzialność”. Prawdziwa! Zatem gdzieś się czai również ta troska, więź i odpowiedzialność, by tak rzec, inna, czyli „nieprawdziwa”, a sygnatariusze „Listu” są tego fundamentalnego rozróżnienia świadomi. My się tu słówek bynajmniej nie czepiamy.
My chcemy li tylko zrozumieć, co do nas Księża Biskupi na Boże Narodzenie (w Oktawie Bożego Narodzenia) AD 2025 w owym „Liście” napisali. Lecz – zapytajmy – co jest „prawdziwego” w tych pleniących się w dzisiejszej Polsce (i gdzie indziej) właśnie „różnego rodzaju”, więc przeważnie nietrwałych, zatem zmiennych konkubinatach, w życiu tzw. singli i w rozmaitych innych „sytuacjach nieregularnych”? Konkubinat – to jest precyzyjne określenie, od którego autorzy i sygnatariuhttps://www.magnapolonia.org/marcin-drewicz-skandaliczny-list-biskupow-o-rodzinie-analiza-cz-1/sze „Listu Episkopatu” wszakże stronią.
Piszą oni także o tęsknocie (5) za Sakramentem Małżeństwa (9), nazywanym przez nich również błogosławieństwem (6), aczkolwiek w ich ujęciu to się okazuje nie być tym samym (sic!). Lecz znowu – co za mania – czytamy w „Liście” o miłości „prawdziwie” (7) „pobłogosławionej” (6). Zatem – patrz wyżej – widocznie można dzisiaj, zdaniem autorów i sygnatariuszy „Listu” – błogosławić owe „związki” także… nieprawdziwie.
Gubimy się w tych przecież zbędnych i nikomu niepotrzebnych meandrach, gdy ponadto wnioskujemy z następnego zdania – taka jest gramatyka owego „Listu Episkopatu” – że te „sytuacje nieregularne” (1) też są właśnie „pobłogosławione” (6), ale przez ludzi (8). Czy pracownicy Urzędu Stanu Cywilnego już o tym wiedzą? Czy w tymże Urzędzie też się nowożeńcom udziela… błogosławieństwa?
Doceniamy, że w „Liście Episkopatu” użyte zostało pojęcie „narzeczeni” (10), jak wiele innych, niegdyś powszechnych, od wielu już lat nieobecne w powszednim kaznodziejstwie, przynajmniej w Polsce. Lecz dlaczego to arcyważne pojęcie nie jest w „Liście” definiowane? Dlaczego nie pisze się o prawach i obowiązkach narzeczonych, lecz i o prawach oraz obowiązkach małżonków w Kościele Świętym? Skoro to katoliccy biskupi zwracają się do ogółu katolickich wiernych.
O Sakramentach Świętych jako „przywilejach” (12) dowiadujemy się od księży biskupów z zaskoczeniem dopiero tu i teraz (można rzec: na stare lata), z „Listu”. To dziwne. Przecież misjonarze wszech czasów – „idźcie i nauczajcie wszystkie narody” – poświęcali się, aby jak najliczniejszym ludziom, wszystkim, łącznie z tłumami prostaczków (sic!) udzielać Sakramentów Świętych na czele ze Chrztem Świętym. Podczas gdy właśnie przywilej, niechby i najszlachetniejszy – przeciwnie – polega nie na powszechności, lecz na wyłączności.
Przywołany Bł. Jerzy Popiełuszko nie nawoływał penitenta do wstąpienia do jakiegoś uprzywilejowanego klubu, czy bractwa, lecz do dołączenia do powszechnej rzeszy sakramentalnych małżonków. Tak więc Sakrament Małżeństwa – oczywiście poruszamy się tutaj wewnątrz katolicyzmu – to właśnie jest ów „religijny obowiązek” (11) – w PRZECIWIEŃSTWIE do tego, co piszą do nas autorzy i sygnatariusze „Listu Episkopatu”. I do spełnienia właśnie tego obowiązku (!) nawoływał Bł. Ksiądz Jerzy Popiełuszko owego penitenta w Hucie Warszawa.
Autorzy i sygnatariusze „Listu” najwidoczniej nie rozróżniają – najpewniej w imię zgubnego ekumenizmu – pomiędzy członkami-wyznawcami Świętego Kościoła Katolickiego, a innymi ludźmi. Członkostwo oparte na Chrzcie Świętym pociąga za sobą spełnianie pewnych powszechnie i z dawna znanych właśnie obowiązków. A to dopiero ludzi spoza Kościoła się „zaprasza” (13) i zachęca do przystąpienia doń, oczywiście – powtórzmy – jeśli odróżnia się jednych od drugich.
Jest coś takiego, jak „przeszkody” (16), ale przeszkody kanoniczne – wyraźnie w „Liście” tak nie nazwane – z przyczyny których dana para nie może (17) przystąpić do Sakramentu Małżeństwa. Jednocześnie autorzy i sygnatariusze tego tekstu piszą o przystąpieniu do tego Sakramentu, jako o dokonaniu „kroku dalej i głębiej” (15, także 19). Ale – zapytujemy – kroku na jakiej drodze? Najprostszą odpowiedź dał, podobnie jak tysiące innych kapłanów – powtórzmy – Bł. Ksiądz Jerzy w przywołanej rozmowie z robotnikiem z Huty Warszawa.
Jakie to więc „przeszkody” (16-17) tamtemu i tysiącom innych mężczyzn i kobiet stoją na drodze do zawarcia powszechnie tak nazywanego Ślubu Kościelnego? I to przeszkody powiązane z zachowaniami, za które – jak to nieelegancko ujmują autorzy i sygnatariusze „Listu” – mogłoby grozić „skreślenie” (18). Właśnie to powinno być wyraźnie podane w takiego rodzaju „Listach Episkopatu”, a nie jest. Wedle naszej wiedzy szeregowego katolika są to przede wszystkiem: zbyt bliskie pokrewieństwo (kazirodztwo), ta sama płeć (sodomia), brak Bierzmowania oraz cudzołóstwo.
Wszystkich pozostałych należy, najprościej mówiąc, kierować do zawarcia Sakramentu Małżeństwa, poprzedzonego Spowiedzią i Komunią Świętą, co od czasów najwcześniejszych czyniło zarówno duchowieństwo, jak i zbiorowość wiernych świeckich (oczywiście, życie na grzesznym ziemskim padole miewa i tu swoje niespodzianki, a poza tym jest jeszcze Sakrament Kapłaństwa oraz Śluby Zakonne, do których niektóre osoby przystępują).
Nas zadziwia i niepokoi, że autorzy i sygnatariusze „Listu Episkopatu” za akt wręcz odwagi (21) poczytują to, do czego w pospolity sposób zachęcał po raz kolejny tu przez nas wspominany Bł. Ksiądz Popiełuszko tamtego zwykłego człowieka, a „uregulowanie swojej sytuacji” (1) poprzez Sakrament Małżeństwa nazywają oni „kolejnym krokiem wiary” (19). Kolejnym! Choć przecież życie w konkubinacie jest przejawem zazwyczaj osłabienia w Wierze lub wręcz niewiary.
Co do wspomnianej „odwagi” (21), to taki konkubent dotąd – czyli w ostatnich dziesięcioleciach – ważył się przecież na wszystko: żył z kobietą, płodził z nią dzieci, mieszkał z nimi pod jednym dachem, zarobkował na ich utrzymanie, występował wraz z nimi jawnie przed ludźmi… Byli oni więc, konkubent z konkubiną, nie tyle odważni, co… nieroztropni (sic!), lekkomyślni, czyniąc to wszystko… bez Boga, bez Sakramentu Małżeństwa; pomimo, iż – uwaga! uwaga! – żadne przeszkody kanoniczne ani inne nie stały im na drodze do przystąpienia do tegoż Sakramentu.
W ich sytuacji zawarcie Sakramentalnego Małżeństwa będzie to wcale nie akt Cnoty Męstwa-Odwagi – jak to błędnie ujmują autorzy i sygnatariusze „Listu Episkopatu” – lecz raczej zwyczajne i zwłaszcza Cnotą Roztropności inspirowane… pójście po rozum do głowy (!).
Jest niezmiernie przykre, że autorzy i sygnatariusze „Listu Episkopatu” szermują niedomówieniami (sic!) zamiast przywołać i wyraziście nazwać główny, o ile nie jedyny „nie do rozwiązania” problem w ramach owych „sytuacji nieregularnych” (1):
Oto jest, niewątpliwie, rodzina, więc dwoje rzeczywiście kochających się ludzi (j.w. „prawdziwa troska, głęboka więź i odpowiedzialność”), praktykujących katolików (acz w zakresie niepełnym, o czym niewiele dalej), mających potomstwo wychowywane po katolicku, atoli żyjących w związku li tylko na prawie cywilnym jedynie dlatego (!), iż z tych dwojga co najmniej jedno jest uprzednim rozwodnikiem, też przecież cywilnym, gdyż Kościół Święty nie ma podstaw, by uznać za niebyłe jego/jej Sakramentalne Małżeństwo z „tamtą” osobą „trzecią”, z którą ów rozwodnik/rozwódka może też mieć już potomstwo, starsze.
Myślimy tu zwłaszcza nie o tych jakże licznych dziś religijnych ignorantach „wyprodukowanych”, niestety, przez trwający u nas w Polsce już dziesiątki lat kryzys katolickiego nauczania, lecz o ludziach jako katolicy całkowicie świadomych tego, że zdecydowali się oni jednak żyć w grzechu (sic!), że nie mogą oni z tego powodu przystępować do Komunii Przenajświętszej, nie mogą być chrzestnymi, lecz że ten swój brak kompensują oni przede wszystkiem przykładnym katolickim wychowywaniem swoich wspólnych dzieci, a bywa, że także owych dzieci „z poprzedniego małżeństwa”.
W tym tu konkretnym przypadku myślimy więc o ludziach, na których katolickim życiu codziennym niejedno małżeństwo sakramentalne mogłoby się wzorować (sic!). O ludziach, którzy mają w zasadzie „tylko ten jeden feler”, mianowicie ową kanoniczną przeszkodę dla zawarcia Sakramentu Małżeństwa.
Jakże to przykre, iż musimy się zaledwie domyślać (!), że to do nich właśnie (lecz czy na pewno do nich?) autorzy i sygnatariusze „Listu Episkopatu” kierują zdania zaczynające się – patrz wyżej – od: „Tych wszystkich, dla których jest to bolesny (22) temat, bo mają ogromną tęsknotę (5) za Sakramentami (9)…”.
Dodajmy, że pochopne zapewnianie o tym, że ci ludzie nie są wiernymi „drugiej kategorii” (23) jest daremne, skoro sami ci ludzie dobrze wiedzą, że jednak nimi są i w swej pokorze ten swój stan niższości w Kościele bez oporu w cichości serca przyjmują-potwierdzają. Tak więc również w tym subtelnym przypadku ów – za przeproszeniem – nachalny, prostacki i zwłaszcza nie-teologiczny „hurrraoptymizm” autorów i sygnatariuszy „Listu Episkopatu” jest zwyczajnie nie na miejscu.
C.D.N.
Polecamy również: Marcin Drewicz: Skandaliczny list biskupów o rodzinie – analiza cz.1
Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!




