Kultura

TO BY SIĘ ZGADZAŁO, ALE NIE WSZYSTKO. W NAWIĄZANIU DO „POPIOŁÓW” PANA NIKT

Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!

Analiza „Popiołów” sygnowanych przez Pana Nikt wymaga kilku artykułów, i to pisanych przez innych autorów. Czekamy na nie. Tutaj zaledwie „w nawiązaniu”.

Rzeczywiście, obecność tematyki żydowskiej jest w ostatnim roku w polskojęzycznych mediach zauważalna, także dla przeciętnego odbiorcy tego najszerszego medialnego przekazu. Zwieńczeniem ważnego w tym zakresie etapu jest owa konferencja „Pamięć i nadzieja” odbyta – jak rozumiemy – już po zamknięciu tekstu „Popiołów”, w pewnej rzymsko-katolickiej świątyni w Toruniu, w niedzielnym dniu 26 listopada 2017 r. Jakby tego było mało, globalne procesy opisywane przez Pana Nikt przekładają się na obserwacje, jakie od wiosny roku 2017 mógł poczynić zwykły przechodzień. Sam ten Autor przywołuje opinię, że mianowicie „Polska stała się ulubionym celem turystycznym dla Izraelczyków w ciągu ostatniego roku” (s. 50); dodajmy, że inne kraje regionu także. Pan Nikt ponadto przewiduje, że „rewers ‚Mostu’ opcjonalnie jest szykowany z Izraela i Europy Zachodniej w naszym kierunku” (s. 112).

„Most” – przypomnijmy – był to ćwierć wieku temu masowy eksodus Żydów sowieckich na Zachód, w znacznej zaś części do Izraela. Aleksander Sołżenicyn w drugim tomie nieocenionego dzieła „Dwieście lat razem” nazwał to zdarzenie Wielkim Wyjściem, atoli rozpoczęło się ono było jeszcze głęboko w czasach Związku Sowieckiego; „nasz” rok 1968 to tylko mała część tamtej wielkiej całości.

Skoro mowa o okresach, cezurach i liczbach. W bieżącym roku mija (około) 25 lat od operacji „Most”, 69 lat od powstania nowożytnego państwa Izrael, 99 lat od odzyskania przez Polskę niepodległości. Ale Niewola Babilońska, licząc od (pierwszego) zburzenia Jerozolimy, trwała tylko 50 lat; a wyzwolicielem Żydów był wtedy król perski. Co z takiej „numerologii” wynika w naszych czasach? Skoro w VI w.przed Chr. wcale nie wszyscy Żydzi zostali uprowadzeni do Babilonu; i skoro obecnie – jak to po wielekroć powtarza Pan Nikt – Izrael wraz z Ameryką szykuje się do wojny przeciwko Persom (a Wojsko Polskie też miałoby być pognane na tę wojnę).

„W przyszłym roku, jak zapowiadają polskie władze, Izrael i Polin (sic!) mają wspólnie organizować i obchodzić święto niepodległości – Polska jej stulecie, Żydzi siedemdziesięciolecie. Nasz kraj; Rzeczpospolita Przyjaciół” (s. 201).

W Warszawie żydowscy przybysze upatrzyli sobie między innymi bulwary wiślane – od Nowego Miasta po Port Czerniakowski. Po dwoje, po czworo, w średnim wieku, ale także całymi rodzinami lub w kilkuosobowych grupach młodzieżowych. Czego oni tam szukają?

Ktoś znalazł odpowiedź: „Święto Trąbek”, obraz Aleksandra Gierymskiego. Nie, nie ci bardziej znani „Piaskarze”. Piaskarze to swoje chłopaki, Polacy-Warszawiacy, a widniejąca w tle mostowa (dziś nieistniejąca) kratownica świadczy o tym, że uwijają się oni na południe od Mostu Kierbedzia, w miejscu położonym naprzeciwko dzisiejszego Szpitala Położniczego im. Księżnej Anny. Natomiast Żydzi, przedstawieni na innym obrazie Mistrza Gierymskiego, odprawiający swoje Święto Trąbek, mają w dalekim tle inny most – Przy Cytadeli. A to oznacza, że zajmują oni nadwiślański brzeg wprost u podnóży warszawskiej Starówki, a ściślej Zamku i Katedry Św. Jana Chrzciciela. Dzisiejsi Żydzi, z Izraela i nie tylko, te warszawskie judaica najwidoczniej muszą znać – od czego jest warszawski Żydowski Instytut Historyczny wraz z Muzeum Polin? – i zwiedzają poszczególne miejsca. Pamiętajmy atoli, że jeszcze kilka lat temu Polska była dla nich li tylko ziemią zatracenia – Auschwitz, Umschlagplatz, cmentarz na Okopowej – z autokaru, do autokaru, bez kontaktowania się z miejscową ludnością. Tu zaszła zmiana! Dlaczego? Dlaczego właśnie teraz?

Czy to rzeczywiście jest planowane tak, jak z udziałem owego Jerzego Dąbczaka z filmu Barei (s. 189)? To by była dla Polski katastrofa. Inna katastrofa, zwana przez Pana Nikt „podmianką tożsamości” (s.s. 121, 216 i in.) oraz – w ślad za cytowanym państwowym dostojnikiem – „zwalczaniem nieprawidłowych kodów pamięci” (sic!, s. 202), już się przecież dokonuje.

A Polacy nie znają twórczości własnych malarzy XIX wieku. Aleksandrze Gierymski, cóżeś ty uczynił?!

Lecz w innym miejscu, setki kilometrów stąd, Żydzi nie tylko zwiedzają, ale już świętują, lecz także wykupują… nieruchomości.
Metodą stosowaną miejscami przez Pana Nikt li tylko odsyłamy zainteresowanych do prezentowanego kilka tygodni temu, w środku nocy, w Telewizji Polskiej, obecnego niedawno na warszawskim przeglądzie „Kino z duszą” (sic!), obszernego filmowego reportażu zatytułowanego „Dybuk. Rzecz o wędrówce dusz”. Owa rzecz została sfilmowana bodaj dwa (!) lata temu, w Humaniu na prawobrzeżnej Ukrainie. Tak, w „tym” Humaniu – gdzie Tatarzy zwyczajowo przeprowadzali krwawą selekcję gnanego na Krym polsko-ruskiego jasyru, gdzie rezydował Szczęsny Potocki i jego Piękna Bitynka, gdzie do dziś można zażywać wywczasu w sławnym parku „Zofiówka” opiewanym przez Trembeckiego, i gdzie Kozacy dokonali w roku 1768 owej „rzezi humańskiej”, o której uczono w polskich szkołach bodaj do samego końca XX wieku (w ustroju 8+4). Nie tylko w polskich, bo w tych innych nadal o tym uczą, co także wynika z owego reportażu.

Widz nie musi znać języka nowohebrajskiego, ani nawet rosyjsko-ukraińskiego; są polskie napisy. W Humaniu młoda Ukrainka dziś wykrzykuje: „Żydzi wykupili już większość miasta. Co będzie z nami?”. Narrator filmu podaje, że od pewnego czasu w humańskich zamieszkach ginie corocznie – o ile nas słuch nie omylił – po kilkadziesiąt osób po obu stronach, miejscowej ukraińskiej oraz nowoprzybyłej żydowskiej (ściślej: chasydzkiej).

A my, tu, w Polsce w obecnych granicach, modlimy się: Boże chroń nas przed jednymi i drugimi, przed nimi wszystkimi! Niech to wszystko pozostanie jak najdalej od Polski!

Aliści – jak czytamy u Pana Nikt – izraelski dron, zawieszony tam hen, wysoko, czuwał w zeszłym roku nad zapewnieniem „opieki i kontroli oraz poczucia bezpieczeństwa” zarówno dla warszawskiego Szczytu NATO, jak i dla okołokrakowskich Światowych Dni Młodzieży z udziałem papieża. „Wielce to symboliczne” – wzdycha Pan Nikt (s. 60).

Humań jest to miasto nieduże, powiatowe. Zatem nie tylko dużych miast, lecz oczywiście zwłaszcza tych największych, dotyczy owa przestroga Pana Nikt o „monomiastach nowego typu”, zwanych także „miastami zrównoważonymi”. „W Polsce do tej roli, jako zapowiedź, jako novum, szykowany jest od dłuższego czasu Wrocław, ale i inne miasta są do tego sposobione” – zauważa Autor. (s.s. 55, także 144, 180). My zaś naocznie się przekonujemy, że Warszawa też, w przyśpieszonym ostatnio trybie.

Warszawa, Humań… A jacy cudzoziemcy pojawili się w mijającym 2017 roku w Twojej miejscowości? W jakim celu to uczynili? Co z tego mają Polacy, tam u Was?

Pan Nikt zauważa, że większość branży deweloperskiej w Polsce należy do Żydów. Na warszawskim Powiślu, najwidoczniej nieobcym Panu Nikt, teraz, t.j. w listopadzie 2017 roku, władze miejskie ogłosiły tak zwane konsultacje społeczne w sprawie „Planu miejscowego zagospodarowania przestrzennego dla Powiśla Południowego”. Są tu kwartały starej zabudowy ocalałej z wojny, są powojenne blokowe „plomby” w tej zabudowie, są powojenne osiedla bloków, wyższych i niższych, są tereny parkowe, a wszystko poprzecinane kilkoma arteriami komunikacyjnymi, na których ruch nigdy (!) nie ustaje. Za dnia tworzą się korki samochodowe nawet na podrzędnych ulicach; przecież nie tylko tutaj.

Ale nie o obłudzie samego zjawiska „konsultacji społecznych” w Polsce chcemy tu pokrótce nadmienić, i nie o wszystkich problemach związanych z w/w planem.

Oto atak owych „tajemniczych sił” skierowany jest zasadniczo w kierunku poszerzenia, gdzie i jak się da, terenów pod nową, czyli dodatkową zabudowę, i to zabudowę wysoką. Jedno i drugie jest dla mieszkańców i dzielnicy stanowczo szkodliwe, także ze względów zdrowotnych, których zagadnień tu już rozwijać nie będziemy. Przykłady takiej, zrealizowanej już zabudowy, „agresywnej” – które to słówko wymsknęło się jednemu z urbanistów – można także już i w tej dzielnicy oglądać. A co się dzieje w Twojej dzielnicy i w Twoim mieście? Czy aby tych przez nas samych obserwowanych zjawisk nie połączyć z ostrzeżeniami kierowanymi przez Pana Nikt?

Autorzy planu jako jeden ze swoich celów przedstawiają – uwaga! – „Zapewnienie większego poczucia miejskości” (sic!). A, żeby was…!

Kwestia materialnych „roszczeń żydowskich”. Pan Nikt szeroko traktuje tę sprawę. Możemy się spierać, gdzie znajduje się jej sedno. Czy nie w tym, że ktoś z „tamtej strony” wyraził gotowość do, ot-tak, zmniejszenia żądanej kwoty o połowę, oczywiście pod określonymi warunkami. Wypada zapytać, dlaczego właśnie o połowę, aż o połowę albo i tylko o połowę. Skąd raptem taki „rozrzut”? I ile to wszystko tak naprawdę jest warte?

Niedawno polskie czynniki rządowe sprowokowały nas do zwięzłej wypowiedzi na temat restytucji mienia w Polsce. Jest to wszakże sprawa polsko-polska – pomiędzy Polskim Państwem a Polakami-spadkobiercami. Obcym nic do tego. No, ale skoro mamy już tylko „Obszar Wisły” zwany także „Polin”…

Wszelako Pan Nikt przewiduje, że Żydzi szykują się obecnie do wykupienia potężnych latyfundiów na terenie Ukrainy (s. 134-135), z czego by mogła wyniknąć – kto wie? – może jakaś nowa „Chazaria” (por. przypadek Humania). Hola, hola, nie tak prędko! Skoro bowiem mowa o restytucji mienia, lecz i o demaskowaniu, przynajmniej w Warszawie, przynajmniej niektórych paserów – państwowych, samorządowych i prywatnych, to owe czarnoziemy podolskie i wołyńskie oraz nieco mniej żyzne, lecz nie mniej umiłowane ziemie galicyjskie, także mają swoich dziedziców – Polaków-katolików; te większe areały dziedziców przeważnie herbowych (cokolwiek by oni sami o tym nie sądzili).

Owszem, my nie rządzimy się prawem plemiennym, ale rzymskim. Skoro więc jakiś folwark kresowy, lub chłopskie gospodarstwo, albo i nieruchomość miejska, nie ma już żadnych dziedziców, ani spadkobierców, gdyż dana polska rodzina w całości została wyniszczona w owym okrutnym XX wieku, wtedy niech on już przejdzie na skarb państwa, ukraińskiego w tym przypadku (bo on już tam od rewolucji jest). Co zrobić? Dura lex, sed lex. Ale poszanowania tejże zasady żądamy od wszystkich także na terytorium zarządzanym przez „stronę polską”.

A tam, na kresach, aby polski konserwator zabytków, polski archeolog, i wspomagający ich polscy budowlańcy oraz wolontariusze mogli swobodnie pełnić swoje czynności, podobnie polscy przedsiębiorcy i turyści. Nasi atoli przodkowie sami z siebie dostrzegali wartość tamtych obszarów. Dzisiaj obcy – jak czytamy – także ją dostrzegają. I dopiero obcy muszą nam dziś pokazać paluchem, że także na Wschodzie jest nadal coś godnego uwagi, a przy tym – ale tego obcy nie powiedzą – coś naszego! Jednakże nie słychać o migracjach „młodych polskich rodzin” na Wschód, na Kresy.

Pan Nikt, skupiony, i słusznie, na sprawie żydowskiej, nie rozwija zagrożenia w postaci cichej inwazji na Polskę prowadzonej przez ludność tak zwaną postsowiecką, zwłaszcza zaś przez Ukraińców. A co się dzieje w Waszej miejscowości? Bo tutaj, w niektórych zakątkach warszawskiego Śródmieścia – dla przykładu – bywa, że przeszedłszy chodnikiem odcinek nawet kilkusetmetrowy słyszysz rozmowę już tylko w języku ukraińskim lub rosyjskim. Jeszcze więcej tego słyszysz na peronach i w wagonikach kolejek dojazdowych, i w wielu, wielu innych, czasem nieoczekiwanych miejscach. Jeszcze półtora roku temu tego nie było!

Skoro najazd nachodźców z Południa, z Afryki i z Bliskiego Wschodu, ma być częścią opisywanego przez Pana Nikt planu niszczenia chrześcijańsko-łacińskiej Europy, to dlaczego nie najazd ze Wschodu, i to jawnie promowany i wspierany przez Republikę Przyjaciół? Takiego najazdu bano się już na przełomie lat 80. i 90. XX wieku, na Zachodzie wszakże bardziej niż w Polsce. Stanisław Srokowski ostrzegał bodaj już w zeszłym roku, w telewizji, że ci obcy ludzie – i cóż z tego, że Słowianie i pobratymcy? – dopiero się tu w Polsce zorganizują, i wystąpią dopiero jako organizacja, najdalej w nowym pokoleniu, z żądaniami politycznymi, terytorialnymi i majątkowymi. Doprawdy, do tego nie trzeba koniecznie ciemnoskórych.

„Ułer-ariu-from?”. „From India”. To odnotowaliśmy w Warszawie już w porzednim 2016 roku. Ale od tamtej pory pojawiły się nowe okoliczności. Otóż ci liczni ciemnoskórzy chłopcy „from India” lub „from Pakistan” jeżdżą po całej warszawie rozwożąc rowerami gorące dania w sześciokątnych dużych pojemnikach zawieszonych na plecach. Ale, napis na pojemniku każe przypuszczać, że zatrudniająca ich firma ma coś wspólnego z kapitałem właśnie żydowskim (żydowsko-amerykańskim, jak z książki Pana Nikt); więc nie jest polska! Z informacji zawartych w internecie wynika, że owe znajdujące się w Warszawie restauracje, z jakich akurat pochodzi to jedzenie, też nie są polskie! No i sami ci kurierzy też nie polscy! Nawet ich rowery nie są polskie! O nie, nie przekonujcie nas, że to właśnie jest koronny przykład działania tego wolnego i wyzwolicielskiego rynku! A w massmediach tyle się mówi o „repolonizacji” rozmaitych gałęzi gospodarki. W ostatniej swej książce o masonerii – „…W centrum wydarzeń” – Stanisław Krajski wymownie zestawia hasło „repolonizacji” ze sprowadzaniem do Warszawy banku J.P. Morgan Chase (w roz. I). Ale ziemia – jeszcze polska! I miasto – też jeszcze polskie! No i my sami, wciąż jeszcze…

Piszemy o tym w nawiązaniu do uwagi Pana Nikt, że mianowicie „Izrael cieszący się kryszą Ameryki dokonał wyboru strategicznego i sięga po drugi filar antychiński, czyli Indie, z którymi utrzymuje bardzo bliskie stosunki” (s. 199). I stąd zapewne mamy dziś w Warszawie indyjskich kulisów zatrudnionych w żydowskich firmach.

„A gdzie są Polacy?” – jak zapytywał w czasie okupacji lektor niemieckich kronik wojennych, w których przedstawiano, jak to na froncie wschodnim przedstawiciele (prawie) wszystkich narodów europejskich ramię w ramię z Niemcami zwalczają bolszewizm. „Polacy są w Oświęcimiu” – odpowiadała chórem przekorna warszawska filmowa widownia, nie pomna wcale na to, że „tylko świnie siedzą w kinie”, ale z niecierpliwością oczekująca kolejnej atrakcji, tej akurat za darmo, kiedy to harcerze z Szarych Szeregów po raz kolejny zaczną ją z tegoż kina całkiem dosłownie wykurzać. Ale to będzie…

Wszystko to, i wiele więcej, było następstwem osławionej „polityki Becka”, o której Pan Nikt w swoich „Popiołach” wspomina nader często.

A tak swoją drogą – czego tu u nas, tak daleko od własnego domu, mogą szukać przybysze z owego mega obszaru zwanego niegdyś Brytyjskimi Indiami Wschodnimi? Jest też stamtąd młodzież żeńska, do rozrodu, a jakże; są studenci, są kobiety z dziećmi, są technicy zatrudnieni na budowach. Na jakich zasadach oni tu przebywają?

I to wszystko pojawiło się u nas w ciągu minionego roku (!), najdalej półtorarocza, bez żadnych wyjaśnień ani komentarzy w massmediach. A wraz z tym doniesienia o uprawianym przez polskie (i inne europejskie) placówki konsularne karygodnym rozdawnictwie polskich (i innych europejskich) paszportów. Geostrategiczne plany, opisywane przez Pana Nikt, realizowane są zatem kompleksowo.

„Co się martwić! Tu się zatrzymają, a zaraz później ruszą dalej na zachód, do Niemiec, do Francji, bo tam jest lepszy ‚socjal’” – mówił niejeden nasz „inteligent”, „z dyplomem”, wymownie „machając na to ręką”. Inny „inteligent” przekonywał, że „teraz brakuje u nas rąk do pracy”. Temu niejako udziela ostatnio odpowiedzi Stanisław Krajski w swojej wspomnianej wyżej „Masonerii polskiej…”, wskazując na oczywiste zagrożenia, a skupia się on tam na kwestii gospodarczej, wynikające z masowego wpuszczania do Polski przybyszów właśnie z Ukrainy (roz. X4).

Tak więc ani Ukraińcy, ani Hindusi, ani inni obcy nie pojechali „dalej na zachód”, lecz zostali tutaj. Oni przecież otrzymali takie zadanie.

Z powyższym korespondują słowa premiera Viktora Orbana, „który nie chce zagranicznych pracowników”, przywoływane we wspomnianej książce St. Krajskiego (roz. X4): „Masowa imigracja to trucizna dla Europy”, „To my musimy zapracować na sukces Węgier, wykonując zadania od mycia toalet po fizykę jądrową”. Tak jest! Wszystkie prace – Polak w Polsce! Tak jak było jeszcze niedawno.

Propaganda atoli przeciwnika jest bardzo rozwinięta, o czym obecnie świadczy telewizyjna emisja kolejnych odcinków serialu zatytułowanego „Dziewczyny ze Lwowa”. Polakowi średniej i starszej daty taki tytuł kojarzy się jeszcze z „tamtymi” dziewczynami, z „tamtego” Lwowa, ze sławą, chwałą i serdecznym wspomnieniem. A my tu mamy nieodzowne już od wielu lat, w fabule nieomal już wszystkich filmów i seriali, zwyczajne cudzołóstwo, ruję i porubstwo – bo tak to się nazywa, niezależnie od sposobu pokazywania – co nie jest wszakże wyróżnikiem tego utworu. Wyróżnikiem jest „łączenie narodów”, multi-kulti, kiedy to cudzołoży Polak z Ukrainką, w Warszawie.

Istnieje hipoteza socjologiczno-politologiczna, że obecny spór polityczny w Polsce – taki jaki on akurat jest – ma za podstawę różnice etniczne. Że co? Że to już było w wydaniu PZPR-owskich Chamów i Żydów. Owszem, było, a teraz ma być znacznie więcej. Bo naprzeciwko siebie mają stać ci, których pradziadkowie byli Polakami oraz ci, których pradziadkowie byli – najogólniej rzecz biorąc – niepolskimi obywatelami Drugiej Rzeczypospolitej, a także przybyszami ze Wschodu (również dziadkowie – po drugiej wojnie światowej). Cóż, świetne pytanie badawcze, na dobrą habilitację „z nauk społecznych”. To coś jak utworzony u zarania Drugiej Rzeczypospolitej sejmowy międzypartyjny Blok Mniejszości Narodowych, którego działań i dziejów tu już przywoływać nie będziemy. Polin dzisiaj – Judeopolonia wtedy. Przywódca owego bloku został później pierwszym ministrem spraw wewnętrznych Państwa Izrael (a my mamy ponoć, tu w Polsce, w przyszłym roku świętować siedemdziesięciolecie również tego wydarzenia). Zatem – wszystko już było, ale zawsze troszkę inaczej.

Obszar zamieszkany przez nację polską kurczy się znowu, gdyż jego wschodnia granica przesuwa się ku zachodowi. Obszar zamieszkany przez nację ukraińską poszerza się ku zachodowi, kosztem Polaków. Granice państw, zupełnie inaczej aniżeli się to działo „za komuny”, dziwnie straciły na znaczeniu. Lecz granice państw zachodnich, o dziwo, też. Przez nikogo nie oprymowani, bosonodzy i półnadzy Murzynkowie (czy tego wyrazu można jeszcze używać?) przybijają luksusowym pontonem, jakiego my nigdy się nie dorobimy, do wypełnionej wczasowiczami plaży, gdzieś w Hiszpanii lub we Włoszech, po czym zostawiają ten cenny ponton i biegną w głąb lądu, jakby nigdy nic. Telewizja to filmuje, i stąd my to wiemy. Najwidoczniej tamto państwo organizuje owym Murzynkom imigrację i pobyt, tak jak nasze Ukraińcom i Białorusinom.

Analiza bieżącej rzeczywistości i jej przyczyn, to jedno, a projekty i przewidywania to drugie.

Pan Nikt wkracza i na ten teren, z hasłem SPT – Szwecja-Polska-Turcja (s.s. 20, 167-168 i in.). Układ północ-południe ma złamać owe niebezpieczne dla nas determinanty układu(ów) wschód-zachód. Ponadto, taki układ ma nam dopomóc w balansowaniu pomiędzy sojuszem z państwami morskimi – USA i Wielką Brytanią (jaki rozwijany jest obecnie) – a sojuszem z państwami kontynentu Euroazjatyckiego (s. 19 i in.). Przy czym Izrael partycypuje w obydwu obszarach.

Sięgnijmy do historii i przypomnijmy, że wariant SPT jest to stary pomysł francuski z XVII, a może nawet jeszcze z XVI wieku. Luwrowi-Wersalowi chodziło o to, aby od północy, wschodu i południa osaczyć swoich europejskich i katolickich współwyznawców zwanych powszechnie Cesarstwem lub Imperium Habsburgów; także Niemcami, aczkolwiek nie całe one były już wtedy katolickie. Niektórzy sądzą, że właśnie za tę wczesnonowożytną antykatolicką współpracę z Turkami (islamem) oraz z protestantami Opatrzność pokarała później Francję i jej dynastię straszną rewolucją, spod gruzów której wciąż nie może się ona pozbierać; i wiele innych krajów wraz z nią. Pan Nikt o Francji pisze mało.

W tamtych dawnych czasach opcja SPT rysowała się o wiele bardziej realnie, aniżeli obecnie. Wprawdzie Polska miała za sobą długie wojny z obydwoma pozostałymi członami projektu, zaś Turcja w pewnym okresie okupowała część naszego Podola. Jednakże trzy te państwa dzięki wspólnym granicom – Inflanty i Dniestr – stanowiły nieprzerwany obszar, rzeczywiście – od Zatoki Botnickiej do Zatoki Perskiej, a nawet prawie do Gibraltaru. Dziś jest inaczej.

Przed wyborem wariantu SPT stał już kiedyś król Jan III Sobieski, i zrazu skłaniał się ku niemu (że nie będziemy tu przywoływać całej tej historii). Atoli wybrał on wariant wówczas przeciwny, podobny do tego, jaki my dziś nazywamy Trójmorzem lub ABC. Przywództwo nad Trójmorzem należało do tego państwa, które wyzwoli Węgry, oczywiście przy udziale samych Węgrów, spod panowania tureckiego. Okazało się, że nie była to Polska z Litwą, ale jednak cesarska Austria Habsburgów. Gdy Prinz Eugen bił Turków pod Petrowaradinem i odbierał im Nandorfeherwar (Belgrad), nasz Król Jan nie żył już od lat. A to właśnie Sobieski, wraz ze swymi ludźmi, był ostatnim przed wiekiem XX, który prowadził oryginalną suwerenną polską politykę międzynarodową, nie na cudze zamówienie. Później był dopiero Roman Dmowski; nie zapominajmy też o Władysławie Studnickim, ani o krakowskich Stańczykach; aczkolwiek ich polityki różniły się co do środków, i właśnie sojuszy. Owszem, w XIX wieku miał co do Trójmorza plany Adam Książę Czartoryski.

Sobieski uprawiał geopolitykę (choć to się wtedy tak nie nazywało), lecz strzegł też tego, co zwie się imponderabilia. Pan Nikt odsyła nas do tekstów uzupełniających, to i my tak uczyńmy: Henryk Sienkiewicz, „Pan Wołodyjowski”, rozdziały 28-31. Najpierw Azja rozmawia w Chreptiowie z panem Boguszem (tego nie ma w filmie), później tenże Azja rozmawia z Halimem, następnie pan Bogusz pośród pięknego zimowego krajobrazu podąża z rewelacją do Jaworowa, do (ówcześnie) pana Hetmana; i wreszcie pan Hetman gasi w rozmowie geostrategiczne zapały pana Bogusza (tego nie ma w filmie). Stare, dobre, smakowite, niezniszczalne – polecamy, jak zawsze.

Dzisiejsze Trójmorze można zwać, jak kiedyś – Austro-Węgrami – choć nieprecyzyjnie, gdyż tamte były nad tylko jednym morzem. Gdy powiemy Austro-Węgro-Polska, wtedy oprzemy się już i o morze drugie. Nie bez powodu pułkownik Tadeusz Jordan Rozwadowski (tak, ten sam) był cesarsko-królewskim attache wojskowym w Rumunii, która cały ten obszar flankuje nad morzem trzecim.

Pan Nikt z rezerwą patrzy na dzisiejsze Trójmorze, a to z powodu wielości krajów je zajmujących (jak chciał tego Dmowski, antycypując Traktat Wersalski), z powodu słabości każdego z tych krajów oraz z tego powodu, że patronat nad tym obszarem objęła zamorska egzotyczna Ameryka, a wraz z nią Żydzi, jakby pragnący tu powrócić. W „Marszu Radetzkiego” Józefa Rotha pochodzący z Galicji lekarz pułkowy, Żyd, mówi do głównego bohatera o kraju swego pochodzenia, że jest to kraj „bardzo żydowski”. A więc i to już było.

Pan Nikt ujmuje sprawę w słowach następujących: „Żydowskie państwo rozbudowuje swoje ponadregionalne wpływy w naszym regionie. Oni rozpoczęli wyprawę po Złote Runo z poręki Waszyngtonu i mając przyzwolenie na to, przynajmniej tu w Polin, władzy warszawskiej” (s. 204). Jak się przed tym obronić?

Jakkolwiek od Szwecji – którą Pan Nikt tylko wzmiankuje – dzieli nas morze oraz niezatapialny Okręg Kaliningradzki, tak od Turcji – której obecnego przywódcę Pan Nikt wysoko ceni – dzieli nas właśnie owo Trójmorze, a w każdym razie lwia jego część. Szwecja i Turcja znajdują się na flankach Trójmorza. Czy oba te kraje prowadzą jakąś wspólną bardziej rozwiniętą politykę? Czy w dzisiejszych czasach znalazłby się jakiś nowy Król Słońce, któryby śmiało koordynował poczynania obydwu tych krajów i miałby ku temu sprzyjające okoliczności? Bo w czasach Króla Słońce, i wcześniejszych, zarówno Szwecja, jak i Turcja, zajadle walczyły właśnie przeciwko… Trójmorzu. Ale pojawił się Russkij, który na siebie ściągnął ostrze zarówno Szwecji, jak i Turcji, po czym je pokonał; ta historia miała wszakże ciąg dalszy.

Tak więc wypada postawić tezę, że bez Trójmorza aliansu SPT nie da się zrealizować. Zatem polityczno-gospodarcza walka o odzyskanie podmiotowości i ukrzepienie tożsamości musi być stoczona właśnie o Trójmorze. Nie oddawajmy Trójmorza, nikomu poza państwami narodowymi zajmującymi ten obszar!

Piszący niniejsze najwyraźniej podąża nieco z tyłu za dzisiejszymi nowinkami. Pierwszy bowiem raz w życiu czytał książkę, w której Autor odsyła czytelnika do tekstów źródłowych opublikowanych zupełnie gdzie indziej, konkretnie zaś w internecie. Niebezpieczeństwo takiego rozwiązania polega na tym, że co poniektóre teksty mogą być już niedostępne pod wskazanymi adresami administrowanymi przez rozmaite podmioty, czego następstwem będzie niekompletna lektura książki Autora. Jest kwestią z dziedziny prawa autorskiego, czy na prawach na przykład „wyboru prasy” można by te wszystkie treści pobrać z oryginalnych stron i zgromadzić w jednym nowym miejscu, pod opieką czy to Autora, czy Wydawcy książki, czyli na stronie internetowej któregoś z nich. Bo gdyby owe teksty źródłowe publikować w książce, to jej objętość znacznie by się zwiększyła, a za przedruki trzeba by najpewniej płacić, o ile właściciele praw w ogóle zezwolili by na przedruk. Ciekawe zagadnienie.

Wszelako oznaczone już przez siebie cytaty, na pewno te kilku- i więcej zdaniowe, Autor powinien opatrywać przypisami, a w wielu przypadkach tego nie robi. Szkoda.

Tak czy owak, „Popioły” Pana Nikt bardzo dobrze się czyta. Więc są i Polacy młodsi od nas – ale jest to tylko przypuszczenie co do (sub)pokoleniowej przynależności Pana Nikt – którym potrzeba wyrażania myśli po polsku bynajmniej nie jest obojętna. A język Pana Nikt jest wartki, obrazowy, dosadny, krwisty, niekiedy nawet brutalny, acz przecież adekwatny wobec tematu książki. Atoli z obdzielaniem epitetami nie należy nigdy przesadzać. Zostawmy to „onym”. Znajdziemy u Pana Nikt i archaizmy, i neologizmy, i latynizmy, trochę greki, lecz więcej rodzimej gwary. Autor niekiedy wznosi się na pułap w rzeczy samej poezji prozą, jak zwłaszcza w rozdziale o meteorycie czelabińskim (s.s. 7-10), oraz chociażby tam, gdzie mowa o nas jako o „dziewczynkach z zapałkami” (s. 223). Tak więc ów groźny i ośmielony w ostatnich latach przeciwnik wraz z rozmaitymi jego partnerami, także tymi, niestety, po „polskiej stronie”, zyskuje pod ręką Pana Nikt (kiedyś mówiło się „pod piórem”) bardzo szeroką prezentację.

Otwierające każdy rozdział reprodukcje dzieł sztuki powinny być chociaż podpisane, skoro nie mogą być powiększone, a to dla poprawy ich czytelności, oczywiście.

Co do wyzwolenia Jeruzalem, czego Pan Nikt konsekwentnie się domaga, należałoby się głębiej zastanowić. No bo, dokąd tamtejsza ludność się „po wyzwoleniu” uda? Czy aby nie tu do nas? Czy tego właśnie chcemy? Co o tym sądzono w nowszych i dawniejszych czasach na Watykanie?

A na ostatek. Owo itinerarium Pana Nikt, z przyczyny którego każdy rozdział sygnowany jest inną nazwą geograficzną, z Międzymorza (oraz dalszego jeszcze Wschodu), a nie z Trójmorza. Nie wiemy, czy podróż tę odbył Autor fizycznie, czy w wyobraźni, a jeśli fizycznie, to czy w całości, czy tylko w części, i w jakiej części.

Pan Nikt, „Popioły”, Wydawnictwo 3DOM, Częstochowa 2017

Marcin Drewicz, Warszawa, grudzień 2017

Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!

Komentarze