Historia

ODSIECZ WIEDEŃSKA I JEJ PAMIĘĆ

Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!

Odsiecz wiedeńska należy do tych wydarzeń, o których napisano wiele i stąd mogłoby się wydawać, że nie ma sensu silenie się na ponowne podejmowanie tematu, że to rozdział zamknięty i trzeba już tylko czytać, co o niej napisano.

Nic bardziej błędnego! Właśnie już sama pamięć o odsieczy i świętowanie jej rocznic, już samo bogactwo literatury stanowi wartość samą w sobie. Każde odniesienie do tradycji wiedeńskiej dopisuje jej historię. Można więc śmiało powiedzieć, że pamięć o odsieczy żyje własnym życiem, oderwanym od jednej jedynej prawdy o wydarzeniach, które miały miejsce w 1683 roku. Z całą pewnością w kwestii odsieczy wiedeńskiej rok 2018 zapisze się ważnymi zgłoskami.

DZIWNE TO, ALE PRAWDZIWE

W powszechnym mniemaniu, nasze stosunki z Portą Ottomańską stanowiły nieprzerwane pasmo wojen i konfliktów. Można by nawet zaryzykować stwierdzenie, że mniej wtajemniczeni w dzieje Rzeczpospolitej wyobrażają sobie, iż nasza granica była w ciągłym ogniu, a Polacy i Turcy tylko szukali okazji do skrzyżowania szabel. Takie przekonanie budowane jest na trzech podstawach:

Przedmurze Chrześcijaństwa musiało stale odpierać wściekłe parcie islamu…

jeżeli w dziejach Polski tak mocno zaryły się w pamięci: bitwa pod Warną (1444), Cecora (1620), Chocim (1621), Kamieniec Podolski (1672), ponownie Chocim (1673) i Wiedeń (1683) to ileż więcej musiało być tych wszystkich wojen…

skoro Tatarzy napadali nas czambułami corocznie to znaczy, że mieli na to – jako lennicy sułtańscy – jego przyzwolenie.

Tymczasem Przedmurzem Chrześcijaństwa byliśmy dość sporadycznie (choć skutecznie i spektakularnie), a słuszniej byłoby naszą kilkusetletnią misję dziejową określić mianem „przedmurza katolicyzmu”, bo więcej niż z Turkami walczyliśmy z prawosławnymi Rosjanami i protestanckimi Szwedami. Wielkie zwycięstwa i klęski były raczej punktami kulminacyjnymi krótkich a nie długotrwałych wojen. Następne starcie obu potęg po 1444 roku miało miejsce dopiero w roku 1620, a z kolei ta wojna trwała raptem dwa lata, czy też słuszniej byłoby powiedzieć dwa sezony (wyjąwszy zimy). Po 1621 roku wojna z sułtanem odżyła dopiero w 1672 roku i to na krótko. Dopiero wojna rozpoczęta odsieczą wiedeńską stanowiła dłuższe pasmo działań, bo skończyła się w 1699 roku. Po pokoju karłowickim aż do dziś nie tylko cieszymy się z Turkami pokojem, ale wręcz sympatią. Gdy w 1768 roku konfederacja barska doznała szykan ze strony Katarzyny II, sułtan wypowiedział Rosji tzw. wojnę polską, argumentując, że nie zawrze pokoju dopóki nie ustaną prześladowania konfederatów. Istambuł to stolica, która jako jedyna nigdy nie pogodziła się z rozbiorami Rzeczpospolitej, a podkreślano to ostentacyjnie w spotkaniach korpusu dyplomatycznego, bo mistrz ceremonii zawsze zadawał sakramentalne pytanie, czy już przybył poseł z Lechistanu. Odnotowywano, że jeszcze nie. W dobie wojny krymskiej przeciw Rosji, Turcja – jako sojuszniczka Francji, Anglii i Piemontu – była wspomagana przez Polaków, Adam Mickiewicz formował pod Stambułem legion polski, a do dziś pozostałością tamtych czasów jest polskojęzyczna wioska Adampol.

Owszem, Tatarzy napadali nas swawolnie, zapuszczając się corocznie w głąb naszego terytorium czasem nawet kilkakrotnie rożnymi czambułami dla grabieży. Podobnie poddani królów polskich Kozacy wyprawiali się przeciwko spokojnym miastom, wioskom i portom tureckim nad Morzem Czarnym. Charakterystyczną dla tego zjawiska była wyprawa turecka przeciw Rzeczpospolitej w 1617 roku, przedsięwzięta celem ukarania nas za nieposkromienie Kozaków, napadających na ludność turecką. Na szczęście konflikt został zażegnany traktatem w Buszy. Strony zobowiązały się powstrzymywać niesfornych swoich poddanych.

Stosunki polsko-tureckie najdokładniej można określić jako pełne respektu i wzajemnego uszanowania godności. Owszem, dzieliło nas najważniejsze – religia, ale honor jednych i drugich nakazywał szacunek dla przeciwnika, a wzajemna ocena potęgi pozwalała tylko stawać do otwartego boju. Owszem, Kozacy i Tatarzy co i rusz łamali sąsiedzki spokój, ale robili to wbrew najwyższym władzom Krakowa i Warszawy oraz Stambułu. Nasze relacje przepełnione były bardzo korzystną wymianą handlową, a o wpływach kulturalnych najlepiej niech świadczy fakt, że właśnie przed bitwą pod Wiedniem Jan III nakazał naszym żołnierzom obwiązać się w pasie słomianymi powrozami, aby Niemcy nie pomylili ich z Turkami ze względu na podobieństwo ubioru…

TŁO HISTORYCZNE ODSIECZY

Genezy odsieczy wiedeńskiej w przypadku samego króla Jana III Sobieskiego, w jego osobistych motywacjach, należy szukać w tragicznej śmierci jego wielkiego przodka hetmana Stanisława Żółkiewskiego, który zginął jako dowódca w klęsce cecorskiej (1620 r.), a jego obciętą głowę wystawił sułtan przy wjeździe do swojego pałacu Top-Kapi w Stambule na wieczną pamiątkę pokonania wielkiego polskiego wodza. Jeszcze jako dzieci Jan ze swym starszym bratem Markiem byli prowadzeni przez matkę na grób hetmana i już współcześni właśnie tymi pielgrzymkami młodych Sobieskich tłumaczyli niechęć do wrogów spod znaku półksiężyca.

Dla Rzeczpospolitej genezy odsieczy wiedeńskiej należy dopatrywać się w roku 1672, gdy wojska tureckie zdobyły Kamieniec Podolski i narzuciły w Buczaczu warunki pokoju, według których nie tylko traciliśmy Bracławszczyznę i Podole, ale także jako państwo mieliśmy płacić tzw. haradż, czyli podatek za to, że jest się niewiernym. Hetman Jan Sobieski strząsnął z Rzeczpospolitej tę straszną hańbę, wygrywając w 1673 roku we wspaniałym stylu bitwę pod Chocimiem, za co w 1674 roku wybrano go na króla po nieudolnym Michale Korybucie Wiśniowieckim. Papież ustanowił natomiast dzień zwycięstwa, czyli 11 listopada uroczystym świętem, wyprzedzając o dwa i pół stulecia decyzję II Rzeczpospolitej. Niesamowity zbieg okoliczności! W 1676 roku już jako król Jan III Sobieski zawarł rozejm z Turkami w Żurawnie, co łączyło się z jego profrancuską polityką, a – jak wiadomo – Francja przyklaskiwała zgodzie Rzeczpospolitej z Turcją i Szwecją, co dawało im możliwość nękania Cesarstwa Niemieckiego.

KWESTIA ZDRADY

W 1677-9 roku wojewoda chełmiński Jan Krzysztof Gniński (późniejszy podkanclerzy) bawił z poselstwem w Stambule i próbował wynegocjować lepsze warunki niż w Żurawnie, ale skończyło się na drobnych doprecyzowaniach, jak postanowienia z Żurawna wcielić w życie. Uzgodniono więc, że dawni mieszkańcy Kamieńca Podolskiego, którzy uciekli przed oblężeniem w 1672 roku będą mogli teraz na dobrych warunkach wrócić do swego miasta. Udało się zadbać również o prawa chrześcijan pod panowaniem muzułmańskim. Ze swej strony Gniński obiecał, że Rzeczpospolita nie będzie popierała w wojnach żadnych przeciwników Porty Ottomańskiej. Te obietnice, zawarte w punkcie 22. traktatu zawartego 6 marca 1678 roku brzmiał: „Jeżeli miałaby nastąpić wojna przeciwko jednemu z niewiernych królów czy komu innemu, a przy tym okazałoby się konieczne, że mój Cesarski Majestat we własnej osobie musi pociągnąć w pole lub musi wyruszyć seraskier z Moją potężną armią i wraz z książętami Siedmiogrodu, Wołoszczyzny lub Mołdawii i jeśli wówczas jeden z moich wrogów zechciałby poprosić króla Polaków o pomoc, to król ten będzie przestrzegał uczciwej przyjaźni, trwałej jedności i stosunku [między nami] i nie będzie mógł wesprzeć tego wroga ani wojskiem, ani pieniędzmi, jeżeli zaś jeden z wymienionych wrogów chciałby werbować wojsko w Polsce, wtedy król Polski nie będzie się godzić na to, lecz temu przeszkodzi, a jeśli jeden z senatorów z własnej woli będzie chciał pomóc mojemu wrogowi, wówczas król Polski nie będzie tego aprobował ani potajemnie, ani oficjalnie.” Przytoczenie tu obfitego cytatu z traktatu ma uzasadnienie, gdyż, na ogół tylko komentowany w polskiej literaturze, stanowi w oczach historyków tureckich po czasy nam współczesne najważniejszy argument za stwierdzeniem, że Jan III okazał się królem wiarołomnym, a Rzeczpospolita zdradziła Turcję w pięć lat po tak ważnym uzgodnieniu. Czy wyczuleni na względy moralne mamy argumenty na swoją obronę? Najpoważniejszym z nich wydaje się ten, który znakomity historyk polsko-austriacki Otto Forst de Battaglia użył w biografii Jana III Sobieskiego. Uznał on, że Gniński negocjował pod groźbą kontynuacji wojny przez sułtana, a pokój był nam wówczas koniecznie potrzebny. Zatem warunki przyjęte pod przymusem zwalniają z ich przestrzegania. Ta ostatnia prawda, niewątpliwie słuszna w skrajnych przypadkach, nakazuje przeprowadzić tak skrupulatne badania w kwestii faktycznego przymusu, że przy obecnym stanie wiedzy nie można pokusić się o rozstrzygające usprawiedliwienie dla polityki zagranicznej Polski. Druga kwestia wiąże się już ściśle z działaniami w samym 1683 roku i dotyczy manewrów Kara Mustafy z wojskiem, które mogły upewnić Jana III Sobieskiego, że zagrożenie zmierza do naszych granic. Gdy bowiem 2 stycznia 1683 roku w Adrianopolu (Edirne) wystawione zostały buńczuki wojenne, nie było wiadomo, gdzie pomaszeruje armia turecka. Atak na Austrię nie był przesądzony nawet wówczas, gdy trzon armii sułtańskiej szedł przez Belgrad. Decyzja zapadła dopiero w Székesfehérvár! Może jeszcze ważniejsze jest stwierdzenie, jaki był w tej kwestii ówczesny stan wiedzy Jana III, bo układ o sojuszu z cesarzem, zawarty de facto 1 kwietnia, a antydatowany na 31 marca (aby nie brzmiał śmiesznie) przewidywał wzajemne przyjście sobie z pomocą w razie zagrożenia jednej ze stolic. Nota bene, jako stolice figurowały w traktacie Wiedeń i Kraków. Przyjęcie, że Rzeczpospolita na wiosnę 1683 roku zawierała taki traktat, by chronić wyłącznie Wiedeń wydaje się zbyt śmiałe i jest automatycznie zarzutem przeciw Sobieskiemu, że przyjął na siebie funkcję służebną wobec cesarza Leopolda bez żadnego zagrożenia Rzeczpospolitej ze strony Turków. Tak postawione pytanie musi oczekiwać na gruntowne badania źródeł. Już wiele przemawia jednak za tym, że Sobieski mógł rozumieć ruchy wojsk tureckich jako możliwość agresji zarówno na Polskę jak i Niemcy. Wielkie siły tatarskie koncentrowały się w okolicach Kamieńca Podolskiego, co ewidentnie sugerowało atak na Polskę. Dokładniej, spodziewano się uderzenia poprzez Trembowlę i tam zarządził Sobieski pierwszą koncentrację wojsk. Można więc – zanim szczegółowe badania źródłowe wyjaśnią „kwestię zdrady” – postawić przynajmniej tezę, że Sobieski, łamiąc warunki pokoju z Portą Ottomańską, po prostu reagował na jej agresję.

Powyższemu problemowi należało poświęcić w tym artykule nieco miejsca, ponieważ „kwestia zdrady” jest do dziś w historiografii tureckiej bardzo żywa i rzutuje na pogląd o nas, choćbyśmy nawet my sami nie rozważali tego problemu.

UKŁAD SIŁ W EUROPIE

Od XV wieku aż po wojnę siedmioletnią (1756-63) w Europie utrzymywał się stały układ sojuszy, w którym głównymi rywalami było Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego i Królestwo Francji. Naturalnymi (bo flankującymi Niemcy) sojusznikami Francji byli Szwedzi i Turcy – potężne państwa, których świetność przypadła na czasy nowożytne. Dzierżący koronę cesarską od XV wieku Habsburgowie, dzięki swojej polityce dynastycznej, posiadali też koronę hiszpańską i jako dziedzictwo po Burgundii Niderlandy, Lombardię, Franche Comte i inne cenne domeny, czyli oni także zdołali otoczyć przeciwnika. Ponadto Habsburgowie zwyciężyli Francję w XVI-wiecznych wojnach włoskich (1494-1559) i stąd także mogli kontrolować przeciwnika.

Zarówno francuscy Burbonowie jak i niemieccy Habsburgowie zabiegali o wpływy w Rzeczpospolitej. Pomoc katolickiej Korony Polskiej dla katolickich Habsburgów przeciw protestantom i muzułmanom wydawała się rzeczą naturalną i cesarze mogli tu liczyć nawet na pomoc dyplomacji papieskiej. Francja chciała choćby neutralności Rzeczpospolitej, co już by dawało jej możliwość łatwiejszego napuszczania na Niemcy Szwedów i Turków.

Anglia dbała przede wszystkim o pozostawienie jej wolnej ręki w kwestiach polityki na wyspach, a w politykę kontynentalną angażowała się poprzez liczne intrygi i agentury. W XVI wieku Henryk VIII stworzył podwaliny pod morską politykę imperialną Anglii, a Elżbiecie I udało się obronić przed inwazją hiszpańską i przejąć kontrolę nad wieloma szlakami morskimi. W XVII wieku Anglicy życzyli Rzeczpospolitej jak najgorzej, a gratulacje Cromwella dla Karola X Gustawa w dobie potopu (1655-60) stały się symbolem tej polityki, bo przyrównał Rzeczpospolitą do rogu na czole bestii, którą wg niego był katolicyzm.

Rosja jeszcze nie była mocno zaangażowana w sprawy europejskie. Stało się to za czasów Piotra I w wojnie północnej (1700-21). Tymczasem pochłaniały ją walki o zebranie ziem ruskich (które przejęła głównie Litwa) i konsolidacja wewnętrzna, a także walki z sąsiadami (Szwecją, Rzeczpospolitą i Turcją). W pewnym więc sensie grała ważną rolę na drugiej scenie teatru europejskiego. Do takich wydarzeń zaliczyć można zmagania w dobie wojny trzydziestoletniej, w którą tak Moskwa jak i Warszawa nie były oficjalnie zaangażowane. Oczywiście, nie możemy nie doceniać obcej agentury, która łączyła sprawy moskiewskie z polityką zachodnią. Właśnie pod koniec XVII wieku dla nadziei wojny moskiewsko-tureckiej w wielu sprawach nakłaniano nas, abyśmy szli carom na rękę…

WROGIE SIŁY

Wykorzystując powstanie Thökölyego na węgierskiej Słowacji, armia pod dowództwem wezyra Kara Mustafy skierowała się na stolicę cesarską, gdzie pierwsze jej siły dotarły 10 lipca (zjeżdżały pod Wiedeń jeszcze do 14 lipca), a od 16 lipca rozpoczęło się regularne oblężenie. Cesarz Leopold w popłochu uciekł z Wiednia z najbliższym dworem, żegnany przez swoich poddanych z poczuciem zawodu, a według niektórych przekazów żegnany nawet kamieniami, rzucanymi za jego orszakiem. Uciekał do Linzu, a zatrzymał się jeszcze w Passawie. W wielkim strachu ewakuowało się z Wiednia w ostatniej chwili także wielu jego mieszkańców. Pozostało 11 tys. żołnierzy i ok. 5 tys. uzbrojonych strażników miejskich i oddziałów samoobrony oraz cywile. Na szczęście Wiedeń miał solidną artylerię. Obroną stolicy dowodził dzielny hrabia Ernst Rüdiger Starhemberg. Liczebność sił muzułmańskich nie jest znana! Sam Jan III Sobieski rachował ich po bitwie na 300 tysięcy, ale dodawał od razu, że inni kalkulowali ilość samych namiotów na 300 tys., co oznaczało, że przy średniej ilości mieszkańców każdego namiotu, która mogła wynosić trzech do siedmiu ludzi, siły agresora liczyć mogły nawet do dwóch milionów ludzi. To oczywiście szacunki przesadzone, ale nawet ilości obliczane przez późniejszych historyków robią wrażenie, bo całkiem realne 150 tysięcy to olbrzymie siły. Liczebność Tatarów mogła sięgać w tym 40-50 tysięcy. Jeżeli uświadomimy sobie, jak ogromne było ówczesne imperium sułtana – a przecież większe niż Europa od Hiszpanii po Rzeczpospolitą – to miało ono możliwości mobilizacyjne sięgające dwóch milionów. Problem polegał raczej na rozmyślnym ograniczeniu ilościowym, aby pozostawić odpowiednie siły w różnych krajach, gdzie trzeba było pilnować posłuszeństwa, aby dobrać oddziały, które będą przydatne dla tego rodzaju kampanii, aby nie przesadzić z kwotą wojska, bo przy niedoborach aprowizacyjnych mogło w nim dojść nawet do buntów itd.

Armia pod wodzą Kara Mustafy była tak różnorodna jak całe imperium sułtańskie. Wezyr miał pod rozkazami zarówno Węgrów jak i Bośniaków, Greków, Mołdawian i Wołochów, miał czarnoskórych i śniadych z Afryki Północnej, miał Arabów znad Morza Czerwonego i Mezopotamii, miał wreszcie Persów, a nawet Gruzinów. Koloryt i egzotyka cechowały jego wojska. Dodać należy, że w ówczesnych czasach wojownicy – szczególnie ci z Bliskiego Wschodu – hołdowali zasadzie, że na wojnę chodzi się w najbardziej ozdobnych szatach i z najcenniejszym uzbrojeniem. Tarcze, kołczany i rękojeści białej broni wysadzane były przeto drogocennymi kamieniami, oprawnymi w metale szlachetne, a szaty i kałkany przeplatane jedwabiem i złotą nicią. Wojsku towarzyszyły nie tylko jako juczne i pociągowe mało znane gatunki zwierząt.

I jeszcze jedna ważna uwaga. Podobnie jak w przypadku sił polskich i niemieckich, rachujący Turków i Tatarów często nie oddzielają od wojskowych ich służby i – jak to zawsze bywało – ciągnących za wojskiem maruderów, chętnych do rabunków po bitwach i handlarzy, którzy z narażeniem życia mogli robić wspaniałe transakcje, oferując wojskowym różnego rodzaju używki za najwyższe ceny, a przede wszystkim za świeżo zdobyte łupy.

Kara Mustafa wydzielił część sił do szczelnego otoczenia Wiednia i ciągłych szturmów, a pozostałych rozsyłał po okolicy dla terroryzowania ludności, rabunku i zaopatrzenia oblegających we wszystko, co potrzebne dla ludzi i koni. W tym rabunku okolicy celowali oczywiście Tatarzy, przywykli do rabunków. Wspomnienie ich mordów, chwytania jasyru, plądrowania wsi i miasteczek jest wciąż jeszcze żywe w Austrii w opowieściach i lokalnych tradycjach. Terror ten przybierał bowiem formy wynaturzone. Sam Jan III w liście do Marysieńki ubolewał nad jedną z ofiar muzułmańskiej wściekłości: „Wczora widziałem dzieciątko jedne we trzech leciech, chłopczyka bardzo najmilejszego, któremu zdrajca przeciął gębę szkaradnie i głowę.”

Turcy pobudowali z namiotów obóz koło Wiednia, który swymi rozmiarami, a nawet wygodami przypominał miasto, rozmiarów Lwowa. Wezyr miał przy swojej rezydencji nawet zaimprowizowany ogród i zwierzyniec, w którym trzymał prócz zwierząt znanych ówczesnym Polakom także papugi, a nawet wielkiej urody strusia. Wiemy o tym także z listu Jana III do Marysieńki, gdyż król ubolewał nad tym, że uciekający Kara Mustafa kazał strusiowi obciąć głowę, aby nie padł łupem zwycięzców.

Wkrótce po dotarciu wojsk Kara Mustafy pod Wiedeń cała okolica była wydrenowana z żywności dla ludzi i zwierząt oraz ze słomy, potrzebnej w ogromnych ilościach armii. Żołnierstwu przydawało się wręcz wszystko do codziennego życia, a chociaż armia wezyra była dobrze wyekspediowana to przecież od początku marszu zakładano, że większość potrzeb zaspokoi się przy pomocy dóbr znalezionych na trasie zwycięskiego pochodu. Dodać należy, że nie tylko rabunki, popasy i świadome zniszczenia pustoszyły okolicę. Samo poruszanie się tak wielkich sił po drogach i polach niszczyło trawy. Samo wycinanie drzew na obozowiska czyniło spustoszenia. Droga wielkiej armii znaczona była – jak byśmy to dziś powiedzieli – klęską ekologiczną.

Samodzielne działania przeciw powstaniu Madziarów prowadził skutecznie Karol V Lotaryński, który zadał im poważny cios 31 lipca. Było to ważne, aby nie mogli spowodować dywersji, gdy wojska idące z odsieczą skupią się do generalnej rozprawy.

WOJSKO RZECZPOSPOLITEJ I JEGO WODZOWIE

Rzeczpospolita Obojga Narodów szanowała dualizm polsko-litewski w wielu kwestiach. Jedną z najważniejszych był rozdział na wojsko tzw. Korony i Wielkiego Księstwa. Dopiero król Polski jako równoczesny wielki książę łączył dwie różne armie, które podlegały osobnym hetmanom. Rzadko zdarzało się, że szły razem do boju. Każda mobilizacja sił wymagała osobnych decyzji i procedur. Były one podobne, ale osobne. Na potrzeby wojenne wybrani oficerowie otrzymywali od hetmanów specjalne dokumenty, w których umawiali się na żołd i zasady. Podstawową jednostką była tzw. chorągiew (rota), na czele której nominalnie stał rotmistrz. W praktyce często rotmistrzem była bogata osoba, a czasem nawet mały synek takiej i w związku z tym poruczał on najlepszemu z podkomendnych dowodzenie i stąd nazywano takiego faktycznego dowódcę porucznikiem. Ten z kolei miał jeszcze dwóch ważnych podkomendnych: namiestnika i chorążego. Rota składała się z tzw. towarzyszy, którzy mieli od dwóch do sześciu konnych podwładnych, z którymi szarżowali. Ten system wywodził się jeszcze ze średniowiecza, gdy podstawową jednostką w rotach była tzw. kopia, czyli rycerz z giermkiem i czeladzią. Wynagrodzenie na żołnierzy pobierał rotmistrz i wypłacał towarzyszom, a oni utrzymywali swoje poczty.

Najważniejsze nasze jednostki konne w dobie odsieczy wiedeńskiej to ciężkozbrojna husaria, ciężkozbrojna rajtaria, średniozbrojna jazda kozacka i petyhorska oraz lekkozbrojna wołoska oraz tatarska. Dragonia podróżowała konno, a walczyć umiała zarówno konno jak i pieszo. Piechotę rozróżniano typu węgierskiego, niemieckiego lub polskiego. Reformy Sobieskiego znacznie zredukowały roty pikiniersko-muszkieterskie, a piki zamieniono na berdysze, które dobrze sprawdzały się w rękach janczarów i armii moskiewskiej. Do tego dochodziły wojska rekrutowane głównie z chłopów (piechota łanowa, dymowa, a przede wszystkim wybraniecka). Do wydzielonych sił należało np. tzw. wojsko kwarciane (bo utrzymywane z kwarty dochodów z królewszczyzn), składające się głównie z lekkiej jazdy, a służące do obrony kresów. Osobne siły pod względem organizacji i wyszkolenia stanowiła artyleria (podobnie jak flota), która od Władysława IV była już nieźle zorganizowana. Rozległe tereny Rzeczpospolitej a przede wszystkim sąsiedztwo z diametralnie różnymi stylami prowadzenia działań wojennych wymagało dostosowania się do różnych potrzeb na różnych odcinkach granic. Podkreślić należy jednak, że husaria była jazdą wszechstronną, choć wymagała wspomagania przez inne rodzaje sił, aby mogła sprawdzić się w tym, z czego była najsławniejsza – łamaniu szeregów wroga frontalnym atakiem. Decentralizacja Rzeczpospolitej powodowała wielką ilość wojsk nadwornych i prywatnych. Każdy magnat musiał posiadać własne oddziały dla utrzymywania posłuszeństwa swoich poddanych i zapewnienia im bezpieczeństwa przed wrogami.

Król Jan III Sobieski był najzdolniejszym dowódcą wojskowym nie tylko spośród naszych monarchów, ale trudno by było znaleźć w ogóle w historii świata wielu równych mu władców, którzy by tak znakomicie dowodzili swoim wojskiem. Przypomnijmy, że został wybrany królem w 1674 roku właśnie dla jego sukcesów wojennych. Opromieniony sławą zwycięzcy w bitwie pod Chocimiem (1673 r.), nie osiadł na laurach, ale kontynuował kampanie jako dowódca w polu. Miał przy tym znakomitych pomocników w osobach Stanisława Jabłonowskiego – hetmana wielkiego koronnego oraz Mikołaja Sieniawskiego – hetmana polnego koronnego. Dowódcą artylerii był doświadczony pod rozkazami Kondeusza oraz we wszystkich kampaniach Sobieskiego generał Marcin Kątski. Był też świetnym budowniczym, któremu zawdzięczamy prace przy fortyfikowaniu Okopów Świętej Trójcy. Jemu król powierzył także pod Wiedniem dowództwo nad częścią piechoty, a zasłynął nieprawdopodobnym przetransportowaniem przez bezdrożne wzgórza Lasu Wiedeńskiego 26 do 28 ciężkich dział.

Rzeczpospolita miała na stopie pokojowej wojska, których łączna liczebność wynosiła ok. 10 tys. ludzi, a i z tych nie wszystkie można było odwołać z ich rejonów operowania. Na potrzeby wojenne potrzebna była decyzja sejmu, który uchwalał subsydia, a na Wiedeń (po raz szósty w XVII wieku) dodatkowo pospolite ruszenie. Zakładano aukcję wojska do 48 tysięcy, a termin przewidywano na 1 lipca. Termin ten nie został dotrzymany, bo wymagane decyzje sejmików przedłużały się. Rzeczpospolita zezwoliła dodatkowo na ochotniczy zaciąg do wojska cesarskiego, w czego wyniku ok. 3 tys. żołnierzy pod dowództwem Hieronima Lubomirskiego weszło w skład sił Karola Lotaryńskiego. Litwini zwlekali tak dalece, że nie zdążyli pod Wiedeń i dołączyli do kampanii dopiero w późniejszym czasie.

Tymczasem 16 lipca przybył do Wilanowa poseł cesarski i padłszy na kolana przed Janem III Sobieskim, błagał, by ten choćby sam przybył pod Wiedeń, a już samą osobą swoją, strasznym dla Turków swym imieniem, odwrócić może niechybną dla Wiednia klęskę. Do tych zaklęć króla polskiego dołączały się prośby papieskie. Nie czekając na wszystkie pieniądze i wojska, Jan III, wyłożywszy ze swoich środków wielką kwotę pół miliona złotych polskich i zebrawszy ok. 26 tys. żołnierzy (w tym 24 chorągwie husarii), ruszył z Krakowa przez Śląsk na odsiecz Wiedniowi. W drodze z Warszawy do Krakowa zajechał jeszcze kilka minut po północy 25 lipca na Jasną Górę, gdzie już czekała na niego rodzina i ojcowie paulini. Z wielką pobożnością, charakterystyczną w chwilach największych obaw o swój los, modlił się żarliwie przed cudownym obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej. W drodze z wojskiem na Wiedeń odwiedził też nabożnie sanktuarium w Piekarach Śląskich. W Tarnowskich Górach skręcił w lewo i przez Racibórz, Opawę, Ołomuniec i Mikułów szedł z godną podziwu szybkością ponad 30 km. dziennie.

OBLEGANI W WIEDNIU

Od połowy lipca Wiedeń był szczelnie otoczony przez wojska Kara Mustafy. Nie napływały do stolicy nowe oddziały i nie można było z niej wyprowadzić się. Straże, okopy, aprosze, stanowiska artyleryjskie, kwatery oblegających a wreszcie szalejące wokół Wiednia podjazdy (najstraszniejsze tatarskie) napawały jeszcze większym przerażeniem niż ostrzał, zwany wówczas bombardowaniem i szturmy.

Oblegający z każdym dniem przybliżali się pod mury, drążąc podziemne tunele, które trudno było nawet obrońcom zlokalizować. Swoistym patentem wiedeńskim na ich wykrycie i ewentualne przeciwdziałanie było rozstawianie na murach bębnów z ziarenkami groszku, które przenosiły drgania i brzmiały złowrogo, ale przynajmniej wiedziano, skąd grozi niebezpieczeństwo. Ogromna złość oblegających zwróciła się przeciw tej części miasta, gdzie był pałac cesarski. Podeszli nie tylko na odległość strzału z muszkietu, ale co pewien czas rzucali się do ataku szturmami. Pchali przodem schwytaną w okolicy ludność, która, niosąc tzw. faszynę (drobne gałązki i trzcina), stanowiła żywą tarczę. Walki wręcz doprowadziły do zdobycia przez nich 4 września rawelinu i innych umocnień ceglano-ziemnych w okolicach pałacu. W tym czasie liczba obrońców z ogólnej liczby 18 tys. spadła do 5 tys., a wśród wiedeńczyków zaczął przeważać pogląd o słuszności kapitulacji. Człowiekiem, który skutecznie odwiódł Wiedeń od tego kroku był polski kupiec i agent handlowy Jerzy Franciszek Kulczycki herbu Sas. Był Polakiem i katolikiem. Pochodził z Sambora, rodzinnej wsi atamana Piotra Konaszewicza-Sahajdacznego i stąd uznawany niesłusznie przez niektórych badaczy za Ukraińca. Inteligentny i uzdolniony lingwistycznie, mówił po turecku nie gorzej niż mieszkańcy Anatolii, a przebrawszy się w strój turecki, zgłosił się do głównodowodzącego obroną miasta hrabiego Starhemberga i otrzymawszy od niego misję przedarcia się do Karola Lotaryńskiego, poszedł przez stanowiska tureckie, podśpiewując sobie ich popularne piosenki. Od żołnierzy chrześcijańskich otrzymał pocieszające wiadomości o odsieczy, wrócił do Wiednia i podniósł obrońców na duchu. Wiedeń ma mu wiele do zawdzięczenia. Częściowo spłaciło to dowództwo po odsieczy. Pozwolono mu mianowicie zabrać, co zechce ze zdobyczy w zdobytym obozie tureckim, a on – ku zadziwieniu wszystkich – zabrał 300 worków kawy. Była ona znana np. w Kamieńcu Podolskim jeszcze przed wojną, ale nie brakło Polaków z głębi Rzeczpospolitej, którzy myśleli, że to karma dla koni i wielbłądów. Kulczycki zaś założył pierwszą w Wiedniu kawiarnię i serwował napój wg własnego przepisu, bogacąc się i ciesząc powszechnym szacunkiem do śmierci w 1694 roku.

Kulczycki dał zatem wiedeńczykom nadzieję, ale – jak ocenił sam Jan III po odsieczy – miasto miało zapasy żywności, które nawet najskromniej wydzielane, wystarczyć mogły najwyżej do 16 września.

KOALICJA

Ponieważ Kara Mustafa dopuścił do łatwego przeprawienia się wojsk chrześcijańskich przez Dunaj, więc sprzymierzeńcy mogli spotkać się bezpiecznie 3 września w Tulln, gdzie formalnie podporządkowali mu się wszyscy spieszący z odsieczą i przyjęto jego plan ataku. Dowództwo Jana III było trudne do zaakceptowania tak dla cesarza jak i Karola Lotaryńskiego, który dwukrotnie starał się o polską koronę. Na szczęście tym razem odłożyli dumę na bok i 70 tys. połączonych wojsk chrześcijańskich zaczęło realizować śmiały projekt ataku. Zakładał on, że jak najszybciej uratuje się Wiedeń. Kwestię zniszczenia armii tureckiej pozostawiono na później. To humanitarne podejście było też niebezpieczne dla nas, bo mogło pozwolić, że rozproszone wojsko tureckie zostanie na nowo zjednoczone i uderzy na rozprężonych zwycięzców.

Rankiem 12 września dowódcy spotkali się na Kahlenbergu na ostatniej odprawie przed bitwą. O godz. 4.00 specjalny legat papieski pobożny Marco d’Aviano, kapucyn, beatyfikowany w 2003 roku przez Jana Pawła II, celebrował Mszę św., do której jako ministrant służył król Jan III Sobieski, a wielu dowódców z królem na czele przystąpiło do komunii świętej.

Wojska koalicji rozciągnęły się długą linią na północ od Wiednia od Dunaju po Las Wiedeński. Patrząc od chrześcijańskich szyków, Niemcy pod dowództwem Karola V Lotaryńskiego z pomocą Lubomirskiego ruszyli przeciw Kara Mustafie po lewej stronie. Centrum dowodził książę saski Jerzy Fryderyk Waldeck, a prawe skrzydło osiągnął po ciężkiej przeprawie przez strome bezdroża Lasu Wiedeńskiego król Jan III Sobieski. Z kolei prawemu skrzydłu wojska polskiego przewodził hetman Jabłonowski, a lewemu hetman Sieniawski.

Wytworzyła się więc pożądana sytuacja, w której wojska chrześcijańskie miały przed sobą stanowiska tureckie, a przede wszystkim główny obóz Kara Mustafy. Wezyr musiał zatem podjąć decyzję, ile ze swoich wojsk pozostawi do blokowania Wiednia, a ile z nich odwoła do bitwy z odsieczą. I podjął decyzję, że wielu janczarów pozostawi dookoła Wiednia. To kolejny jego błąd, bo mogli się oni okazać najcenniejsi przy atakowaniu wielkiej szarży.

Historiografie różnych państw, uznających, że dziedziczą wiedeński sukces w swojej polityce historycznej podnoszą swoje zasługi, a czasem przy tym deprecjonują sojuszników. Doceńmy zatem, kogo należy, nie odbierając chwały piechocie niemieckiej, która schodząc ze wzgórz Kahlenbergu, wyrąbywała coraz lepsze pozycje do ataku na obóz wezyra. Blisko cały dzień trwały ciężkie walki.

CHWILE CHWAŁY

Ok. 16.00 pojawiły się na skraju Lasu Wiedeńskiego wojska polskie z Janem III na czele. Zazwyczaj pasjonujemy się wspaniałą szarżą husarii, ale doceńmy ciężką pracę, jaką wykonali nasi żołnierze, przeprawiając się przez wzgórza z końmi i armatami. Liczono, że powinno to potrwać dwa dni, a wystarczył im jeden. Król zrezygnował ze zbroi, a i tak cierpiał w ciężkim granatowym kontuszu. Nie dziwota. Miał 54 lata i sporą tuszę. W przeciwieństwie do przyjętego już w całej Europie sposobu dowodzenia ze wzgórza i ochrony głównodowodzącego, uparł się, że weźmie udział osobiście w głównej szarży. Na kilka sposobów dał przykład silnego osobistego zaangażowania w ratunek Wiednia mimo przeciwności finansowych, organizacyjnych, a nawet politycznych. Być może właśnie w tych chwilach zagrały w jego sercu z całą mocą wspomnienia hetmana Żółkiewskiego i brata Marka, którzy swoje życie oddali w walce z Islamem. Może poczuł się kontynuatorem krzyżowców z XI wieku, których historię doskonale pamiętał z nauk w Krakowie.

Warunki wydawały się dobre. Konnica miała do przebycia kilka kilometrów, ale lekko z góry. Postanowił jednak sprawdzić zwiadem bojowym, czy nie ma niespodzianek po drodze. Do misji tej wybrał chorągiew, której nominalnym rotmistrzem był jego syn Aleksander, a fatycznie dowodził nią Zygmunt Zbierzchowski (pisał się też Zwierzchowski) herbu Grzymała. Epizod ten nie jest wystarczająco znany, a zasługuje na pamięć jako przedsięwzięcie odważniejsze niż szarża pod Somosierrą – tym bardziej, że w lepszej sprawie. Stan jego chorągwi wynosił nieco ponad stu husarzy, a zaatakować miał blisko sto tysięcy wrogów. Oczywiście nie wszystkich razem, ale samotnie. A celem jego był sajdan wezyra, czyli otwarty od przodu namiot Kara Mustafy, przy którym skupiało się tureckie dowództwo. Pozornie, szarża taka była tyleż romantyczna co i szalona, bo Turcy mogli z łatwością wybić chorągiew do nogi, ale Jan III wiedział, komu powierza zadanie. Tak przed Wiedniem jak i w późniejszych kampaniach Zbierzchowski dawał dowody męstwa i rozsądku. Poza tym fantazja tego zwiadu bojem była tej miary, że Turcy sami nie wiedzieli, kto z nich ma zmieniać szyki dla powstrzymania ich. Dotarli blisko wezyra i zawrócili, tracąc połowę stanu, ale meldując Sobieskiemu, że 14 tys. naszej konnicy może uderzyć bez obaw o pułapki. O to chodziło!

Teraz ruszyło ponad 4 tys. husarii oraz ok. 10 tys. ciężkiej i średniej jazdy (rajtarii, petyhorców, kozaków). Pierwszych 400 metrów, dzielących ich od Turków przebyli, rozwijając prędkość – stępa, kłusem, galopem – aż wreszcie do zwarcia z wrogiem cwałem. Rozbijali kolejne oddziały, zwalniali i znów cwałowali kilkadziesiąt metrów do kolejnego zwarcia. Straty ponosili głównie od janczarów, którzy ukryci po kilku, razili ich ogniem z muszkietów. Nic jednak nie mogło powstrzymać zwycięstwa Polaków.

Jak często w podobnych sytuacjach Tatarzy odmówili pomocy Kara Mustafie i musiał ratować się bezładną ucieczką. Wielu jego poddanych ani myślało o ucieczce, a umyślili sobie ratować się, oddając zwycięzcom cenne informacje i ukryte w ostatniej chwili drogocenne przedmioty.

Zaraz po wydaniu odpowiednich rozkazów Jan III siadł, by napisać list do swej żony Marysieńki. Jak zawsze przy tym miała mniej intymne części listu rozpowszechniać. Dbali królestwo o propagandę, a zapewne wiedzieli, że jeżeli sami się nie pochwalą to nie mają co liczyć na docenienie przez sojuszników. Już prędzej przez wrogów…

Oddajmy zatem głos Janowi III, którego list tryska nie tylko informacjami, ale i talentem literackim: „W namiotach wezyrskich 13 IX [1683] w nocy. Jedyna duszy i serca pociecho, najśliczniejsza i najukochańsza Marysieńku! Bóg i Pan nasz na wieki błogosławiony dał zwycięstwo i sławę narodowi naszemu, o jakiej wieki przeszłe nigdy nie słyszały. Działa wszystkie, obóz wszystek, dostatki nieoszacowane dostały się w ręce nasze. Nieprzyjaciel, zasławszy trupem aprosze, pola i obóz, ucieka w konfuzji. Wielbłądy, muły, bydle, owce, które miał po bokach, dopiero dziś wojska nasze brać poczynają, przy których Turków trzodami tu przed sobą pędzą (…) Wezyr tak uciekł od wszystkiego, że ledwo na jednym koniu i w jednej sukni. Jam został jego sukcesorem, bo po wielkiej części wszystkie mi się po nim dostały splendory; a to tym trafunkiem, że będąc w obozie w samym przedzie i tuż za wezyrem postępując, przedarł się jeden pokojowy jego i pokazał namioty jego, tak obszerne, jako Warszawa albo Lwów w murach. Mam wszystkie znaki jego wezyrskie, które nad nim noszą; chorągiew mahometańską, którą mu dał cesarz jego na wojnę (…) Nie rzekniesz mnie tak, moja duszo, jako więc tatarskie żony mawiać zwykły mężom bez zdobyczy powracającym, „żeś ty nie junak, kiedyś się bez zdobyczy powrócił”, bo ten co zdobywa, w przedzie być musi. Mam i konia wezyrskiego ze wszystkim siedzeniem; i samego mocno dojeżdżano, ale się przecię salwował. Kihaję jego, tj. pierwszego człowieka po nim, zabito, i paszów niemało. Złotych szabel pełno po wojsku, i innych wojennych rynsztunków. (…) Do Litwy piszę, tj. do dwóch hetmanów, aby już nie tu, ale prosto szli do Węgier; Kozacy zdrajcy niechaj za mną idą. Te listy do hetmanów litewskich odsyłać jako najpilniej; którędy będą mieli iść Litwa, oznajmi się drugą okazją.”

Jan III rozkazał Polakom, aby trwali całą noc czujni, bo Turcy mogli zawrócić i dopiero po kilku godzinach mieli okazję zapoznać się w pełni ze zdobyczami, które mogły służyć za rekwizyty w baśniach z tysiąca i jednej nocy. W tym miejscu należy podkreślić, że Polacy nie szli pod Wiedeń dla łupów, o czym świadczy pośpiech, a historykom austriackim, którzy rozsiewają takie oskarżenia niech wystarczy proste rozumowanie, że gdyby Polacy uderzyli na Turków już po kapitulacji Wiednia to mieliby do obdzielenia się nie tylko dobrami tureckimi, ale i austriackimi. Proceder ten – niestety – praktykowany był na naszych kresach przez naszych obrońców, którzy rozbijali czambuły tatarskie dopiero, gdy wracały objuczone jasyrem. Można było tak samo postąpić z wiedeńczykami…

Prawdą jest natomiast, że zdobycze zapierały dech w piersiach i jeszcze w sto lat pod odsieczy mawiano, że jeżeli ktoś ma na ścianach drogocenne kilimy, dywany, panopliony itp. to zapewne miał przodka pod Wiedniem.

UPOJENIE ZWYCIĘSTWEM

Owszem, Jan III wysłał wkrótce po zwycięstwie do Marysieńki pierwszy list a z nim – na dowód zwycięstwa – strzemię Kara Mustafy. Miałem osobiście okazję poznać potomkinię zaufanego dworzanina króla Jana, który miał zaszczyt z tą pierwszą pocztą dotrzeć do królowej. Jako student prof. Józefa Gierowskiego zostałem poproszony przez najwybitniejszego polskiego znawcę historii powszechnej XVII wieku prof. Zbigniewa Wójcika o ugoszczenie w Krakowie Francuzki, która przyjechała do tu jakby z pielgrzymką, śladem swojego wielkiego przodka. Jego nazwisko pisane było różnie: Le Mason, Le Masson, Lemason, a czasem Masonowski. Zasłynął pod Wiedniem wielkim poświęceniem, bo gdy król obiecał 5 dukatów temu, kto trafi z działa w tzw. Chorągiew Proroka, Le Mason poświęcił nawet swoją perukę, gdy mu pakuł zabrakło, a chciał zabłysnąć sukcesem. Nie udało się to nikomu, a Jan III szczerze się uśmiał. Chorągwi Proroka nie znaleziono nawet w zdobytym obozie Kara Mustafy, a Jan III posłał przez ks. Talentego do papieża Innocentego XI ze sławnym listem „Venimus, vidimus, Deus vicit” drugie strzemię wezyra i podobną chorągiew. Tymczasem Le Mason dotarł na Wawel, gdzie poinformowano go, że królowa Marysieńka oczekuje wieści na modlitwie przed krucyfiksem królowej Jadwigi. Wpadł zatem do bocznej nawy i uniósł list ze strzemieniem triumfalnie do góry, co zobaczywszy Marysieńka – jak sam wspominał – napełniła okrzykiem radości całą katedrę. I nie ma się co dziwić! Mogła dowiedzieć się, że jest wdową, a posłaniec przyniósł wiadomość, że jej ukochany mąż ocalił papiestwo, cesarstwo i może w ogóle katolicyzm w niespotykanym stylu! Natychmiast zawiesiła strzemię Kara Mustafy u stóp Chrystusa. I wisi tam ono do dziś!

ZIMNY PRYSZNIC

Wiedeńczycy witali ze łzami w oczach swego oswobodziciela, całowali jego szaty i chcieliby wznosić wiwaty na jego cześć… ale tego zabronili im wyraźnie urzędnicy cesarscy.

Trzeciego dnia po odsieczy powrócił z ucieczki Leopold I i po prędkich uzgodnieniach, jak ma wyglądać ceremonia jego spotkania z Sobieskim doszło do niego w Schwetat 15 września. Po formalnych uprzejmościach, krótkiej wymianie zdań po łacinie, Leopold okazał dystans i nie odkłonił się nawet prezentowanemu mu przez Jana III jego pierworodnemu synowi Jakubowi, a potem żadnemu z polskich wodzów. Podczas przeglądu wojska polskiego nie okazał żadnej wdzięczności ani nawet szacunku.

Sobieski tak opisał kolejne wypadki: „Jan III Sobieski do Marysieńki, 17 IX w drodze na Preszów. Po tym się widzeniu [z cesarzem] zaraz tak wszystko się odmieniło, jakoby nas nigdy nie znano. (…) Prowiantów żadnych nie dają, na które Ojciec św. przysłał pieniądze do rąk jmci ks. Bonwizego. (…) Chorzy nasi na gnojach leżą i niebożęta postrzeleni, których bardzo siła, a ja na nich uprosić nie mogę szkuty jednej, abym ich mógł do Preszburku spuścić i tam ich swoim sustentować kosztem; bo nie tylko im, ale mnie gospody, a przynajmniej w niej sklepu za moje pieniądze pokazać nie chcieli, aby było rzeczy złożyć z wozów tych, od których konie pozdychały. Ciał zmarłych na tej wojnie zacniejszych żołnierzów w kościołach w mieście chować nie chcą, pokazując pole albo spalone po przedmieściach, pełne trupów pogańskich cmentarze; którym zaś grobu w mieście pozwolą, trzeba nie tylko pieprzem, ale i solą dobrze osolić!

Pazia za mną o cztery kroki jadącego uderzył okrutnie dragon fuzją w nos i twarz i srogo okrwawił. Skarżyłem się zaraz księciu lotaryńskiemu; żadnej nie odniosłem sprawiedliwości. Drugiemu, także za mną jadącemu, opończę moją wydarli. Wozy nam rabują, konie gwałtem biorą, które zostawione za górami, teraz za nami przychodzą. Rajtarów moich kilku, przy działach nieprzyjacielskich zostawionych (które w kupę zbierać, a potem równie się nimi dzielić rzekliśmy sobie, lubom ja je sam prawie wszystkie pobrał), odarli z płaszczów, na których cyfry moje były, z sukien i koni obnażyli; i tu żadnego na świecie nie uznawamy ukontentowania.

Wczora po południu posyłałem mon capitaine Okar do księcia lotaryńskiego, pytając się, co wzdy już uradzili, co czynić dalej będziemy, gdyż konie nasze już dalej nad sześć dni nie wytrwają, a jeśli deszcz, uchowaj Boże, nad trzy; jakoż to jest tak pewna, jako że słońce świeci. Nigdyśmy w tak złym nie byli razie: kieby nas był obóz turecki nie posiłkował obrokami, już byśmy byli wszyscy zostali pieszo. Takie to jest nieszczęście, że drobiny słomy nie dostanie ani takiej trawy, co by się gęś na niej pożywić mogła; ziemia tylko sama czarna została od wielkości wojsk pogańskich, a będzie jeszcze tego mil kilkanaście, jeśli nie uczynią miłosierdzia, że nam na Dunaju nie postawią mostu, abyśmy jako najprędzej w kraj nieprzyjacielski wniść mogli, gdzie pożywienia dosyć. Oni nas zaś zwłóczą ode dnia do dnia, a sami wszyscy w Wiedniu siedzą, zażywając tychże podobno swych gustów i plezyrów, za które ich P. Bóg sprawiedliwie karać chciał.”

Prawdą było, że Polacy byli objuczeni zdobyczami na Turkach, ale i prawdą było, że tak ludzie jak i konie głodowali – jak w micie o królu Midasie, otoczeni złotem mogli umrzeć z głodu.

Armia turecka po kilku dniach pozbierała się i pod Parkanami o mało co Sobieski nie stracił życia. Dopiero w drugiej bitwie pod Parkanami odzyskał rezon i rozbił wroga skutecznie. Polacy mogli wracać do domów. W połowie grudnia Jan III spotkał się w Starym Sączu z Marysieńką, która wyjechała mu naprzeciw. Niepowodzenie wyprawy wiedeńskiej przypłacił Kara Mustafa życiem z rozkazu sułtana. Cesarstwo świętowało, a cesarz Leopold najbardziej.

Wkrótce po odsieczy została wykonana dla niego w Norymberdze rycina propagandowa, przedstawiająca odsiecz, jego jako wodza naczelnego z wawrzynem na skroniach i tzw. regimentem – laską symbolizującą dowodzenie – w ręku. Wawrzynami przyozdobieni byli też jego książęta. Sobieski bez oznak władzy i zasług stał gdzieś z tyłu, w orszaku cesarskim…

TRADYCJE I ROCZNICE

Kościół katolicki z wielką wdzięcznością traktował swoich obrońców, a największe zagrożenie dla naszej religii od VII wieku stanowił islam.

W roku 637 mahometanie zdobyli Ziemię Świętą.

Od 711 roku, gdy arabski Tarik wkroczył do Europy od zachodu przez Gibraltar (nazwany od jego imienia), od 1223 roku, gdy muzułmańscy Tatarzy podbili Ruś i weszli do Europy od wschodu oraz od 1352 roku, gdy islamscy Turcy zajęli pierwszą twierdzę na Bałkanach, rozpoczęła się długa obrona Europy przed ciągłymi inwazjami.
Epoka krucjat (1099-1291) była starciem chrześcijaństwa z islamem na Bliskim Wschodzie, poza Europą, ale na terenach będących kolebką chrześcijaństwa. Po ewakuacji ostatnich krzyżowców z Azji już tylko broniliśmy Europy.

Zwycięstwo Ligi Świętej w bitwie morskiej pod Lepanto 7 X 1571 roku upamiętniono świętem Matki Boskiej Różańcowej, zwane też świętem Matki Bożej Zwycięskiej. Zwycięstwo polskie w bitwie pod Chocimiem papież ustanowił świętem liturgicznego dziękczynienia 10 października na prośbę Zygmunta III Wazy. Drugie polskie zwycięstwo pod Chocimiem w 1673 roku papież ogłosił jako święto 11 listopada.

Zwycięstwo Jana III Sobieskiego było punktem zwrotnym w dziejach rywalizacji islamsko-chrześcijańskiej. Było początkiem upadku Imperium Osmańskiego.

Odsiecz wiedeńska była corocznie świętowana procesjami dziękczynnymi i modlitwami w kościołach. Miała także swe ludyczne twarze. W podwiedeńskiej wiosce Hernals urządzano np. przez sto lat festyny z tzw. ujeżdżaniem osła jako punktem kulminacyjnym zabawy. Stulecie odsieczy Austriacy świętowali bardzo hucznie, a Polacy (już po pierwszym rozbiorze) urządzili obchody konkurencyjne. Król Stanisław August Poniatowski wyłożył na nie sto tysięcy złotych, co złośliwy wierszyk skomentował:

„Sto tysięcy karuzel! Ja bym trzykroć złożył,
by Stanisław skamieniał, a Jan III ożył!”

Dwustulecie odsieczy przypadło na czasy, gdy już w ogóle nie było Polski, a monarchia Habsburgów osłabła do tego stopnia, że musiała obrać nowy kurs polityki, udając sympatię wobec Galicji. Wykorzystał to Jan Matejko i mocno aluzyjny obraz „Sobieski pod Wiedniem” wystawił w stolicy Habsburgów własnym kosztem ku pamięci zaborców, a następnie w grudniu zawiózł go w darze papieżowi Leonowi XIII i do dziś jest to największy eksponat Muzeów Watykańskich. W krakowskim Parku Strzeleckim postawiono pomnik Sobieskiego dłuta Walerego Gadomskiego, któremu pomagał jego uczeń Michał Korpal. Na kościele mariackim w Krakowie umieszczono piękną tablicę rocznicową wg projektu Karola Zaremby, którą wykonał Edward Stehlik. Dwustulecie obfitowało w uroczystości, nabożeństwa, odczyty i publikacje.

W 1933 roku na Krakowskich Błoniach miało miejsce święto kawalerii polskiej, które upamiętniło 250-lecie odsieczy. Największa parada kawaleryjska pod okiem Józefa Piłsudskiego zasłynęła dwoma toastami: za zwycięzców bitwy wiedeńskiej i za Turków, którzy nigdy nie uznali naszych rozbiorów.

W wielu miejscach Wiednia upamiętniona jest odsiecz napisami, pomnikami i tradycjami. Mają swoje pomniki Niemcy, Ukraińcy, a Polacy jedynie tablice. Umieszczenie jednej z nich zostało wręcz wymuszone przez wizytę Jana Pawła II na Kahlenbergu. W roku 2018 ma wreszcie stanąć pomnik dłuta prof. Czesława Dźwigaja, upamiętniający polskiego króla i wydarzenie po 335 latach. Jest to trzynasta próba postawienia takiego pomnika w Wiedniu. Piszę ten tekst 20 sierpnia, gdy stoi już fundament w Wiedniu, a w Gliwicach ukończono odlew pomnika. Fundament został niedawno sprofanowany głupkowatym napisem „NAZI”, który nie wiadomo do kogo ma się odnosić. Czekamy na rozwój wydarzeń. Na odsłonięcie pomnika 12 września wiele osób wybiera się do Wiednia, choć – podejrzewam – do odsłonięcia w tym terminie nie dojdzie…

Piotr Boroń (historyk, uczeń prof. Gierowskiego, polityk prawicowy)

Grzegorz Braun! Stanisław Michalkiewicz! Jerzy Robert Nowak i inni autorzy w Nowym numerze Magna Polonia sprawdź już teraz!! Kupując wpierasz wolne media!


Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!

Komentarze